wtorek, 10 grudzień 2013 08:01

Marcin Domagała: Destrukcja Ukrainy

Oceń ten artykuł
(1 głos)

ukraine-protestsgeopolityka  Marcin Domagała

Uporczywe wyrywanie tego państwa z objęć Rosji okalecza naszego wschodniego sąsiada. Tylko czy właśnie o taką Ukrainę powinno Polsce chodzić?

Świat patrzył z niedowierzaniem, kiedy we wrześniu 2011 r. w Nowym Jorku rozpoczęły się masowe protesty przeciwko wyzyskowi korporacji, szerzej znane pod nazwą Occupy Wall Street. Jeszcze większe zdziwienie wywołały liczne aresztowania, przeprowadzone przez amerykańską policję, często pod zarzutem zakłócania porządku. Do tej pory w związku z tymi wydarzeniami dokonano ponad 7 tys. aresztowań. Żaden jednak kraj nie zgłosił wyraźnego sprzeciwu wobec postępowania Białego Domu...

Ambasador grozi?

Minęły ponad dwa lata. Gwałtowne, kilkudziesięciotysięczne demonstracje wstrząsają stolicą Ukrainy Kijowem. Ukraińska ulica protestuje przeciwko decyzji prezydenta Wiktora Janukowycza o rezygnacji z podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską.

O ile na początku jeszcze ukraińskie służby porządkowe stanowczo reagowały na akty wandalizmu (w tym ataki funkcjonariuszy, blokowanie tras przejazdu), to w miarę upływu czasu ich działania w tym zakresie zostały całkowicie sparaliżowane. W efekcie protestujący opanowali siedzibę władz miejskich i zablokowali dostęp do siedziby prezydenta Ukrainy na ul. Bankowej, ustanawiając własne punkty kontrolne. Tym samym zaczęli tworzyć niezależne ośrodki władzy.

Przez Europę przetoczyły się głosy oburzenia na próbę zaprowadzenia porządku w stolicy Ukrainy. W tym czasie część z protestantów atakowała już milicję kamieniami i łańcuchami, niszczyła mienie publiczne, wybijała sklepowe witryny. Oczywiście nie przeszkodziło to ambasadorowi USA w Kijowie Geoffreyowi Pyattowi grozić, że użycie siły przeciwko „pokojowo protestującej” ludności spowoduje poważne konsekwencje na linii USA-Ukraina.

Mało kto w tym wypadku zadawał sobie pytanie, jaka byłaby reakcja policji amerykańskiej, gdyby demonstranci siłą zajęli budynek administracji miejskiej Waszyngtonu na Pennsylvania Avenue 1350, nie mówiąc już o blokadzie Białego Domu.

Sprzeczne interesy

Przyczyny protestów na Ukrainie nie są sprawą prostą do szybkiego wyjaśnienia. Wiktor Janukowycz nie jest tym złym, który trzyma z daleka swój kraj od Europy, zaś protestujący nie są dobrymi, którzy chcą świetlanej przyszłości dla swojego kraju w ciepłym unijnym łonie. Nie można bowiem zapominać, że mamy czynienia ze zderzeniem się wypadkowych szeregu różnych polityk, działań i celów, realizowanych przez podmioty, dążące do bezwzględnego osiągnięcia własnych korzyści. Oczywiście kosztem Ukrainy. Mowa tutaj o Rosjanach, Amerykanach, Niemcach, Polakach, ukraińskich oligarchach i sam Bóg wie o kim jeszcze...

Podczas negocjacji Unia Europejska wymogła (mimo twardej postawy ukraińskich negocjatorów) wręcz kolonialne warunki integracji (m.in. limity eksportowe przy założeniu całkowitego otwarcia ukraińskiego rynku dla unijnej produkcji). Przy okazji zupełnym milczeniem, prócz gołosłownych deklaracji, pominęła kwestię niwelacji reakcji rosyjskiej odpowiedzi gospodarczej na ukraińskie starania integracyjne. Tymczasem w ciągu kilkunastu naraziła ona gospodarkę naszego wschodniego sąsiada na utratę 25 tys. miejsc pracy, wskutek nałożenia embarga na import różnego rodzaju towarów, o czym informował ukraiński odpowiednik naszego GUS-u.

Strategiczne związki

Zrozumiałym jest, że państwa unijne grają pod siebie. Władze w Brukseli zapominają jednak, że czas nieograniczonego zarabiania na rozszerzeniu, jak to miało miejsce w przypadku państw Europy Środkowej, odchodzi w niepamięć. Zmieniły się bowiem warunki geopolityczne.

Rosją nie rządzi już nieudolny Borys Jelcyn, ale twardy gracz Władimir Putin, który nie waha się korzystać ze sprawdzonych metod mocarstwowych, tak dobrze opracowanych chociażby przez Stany Zjednoczone.

W dodatku nie można zapominać, że Unia Europejska zaczyna agresywnie wchodzić w obszar rosyjskiej „bliskiej zagranicy”, czyli państw które posiadają strategiczne związki z Federacją Rosyjską – niezależnie od tego, jak byśmy zaklinali rzeczywistość zaprzeczając temu faktowi. Tym samym obrona Moskwy jest działaniami naturalnymi, tak samo jak naturalnym działaniem Waszyngtonu była polityka prowadzona wobec Kuby, Wenezueli czy Hondurasu.

Prezydencki klincz

Ekipa prezydenta Wiktora Janukowycza znalazła się w ewidentnej pułapce. Z jednej strony gospodarczo szantażowana przez Rosję wprowadzeniem różnego rodzaju ograniczeń, z drugiej strony naciskana przez Unię Europejską, oraz reprezentantów najbardziej radykalnych ugrupowań ukraińskiej sceny politycznej.

Zaskakujący jest udział w tej grze polskich polityków. Można zrozumieć młodych ludzi, omamionych propagandowym wizerunkiem Unii Europejskiej, jako krainy przysłowiowym mlekiem i miodem płynącej, po której można bez problemów poruszać się i żyć na przyzwoitym poziomie. Ale już szok wywołuje fakt, że prezes PiS Jarosław Kaczyński i Jacek Protasiewicz z PO, a zarazem wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, wspólnie uwiarygodniają Arsenija Jaceniuka z szowinistycznej Batkiwszczyny oraz Ołecha Tiahnyboka z neonazistowskiej Swobody, który w przeszłości m.in. kwestionował przebieg granicy polsko-ukraińskiej. Ten przedziwny sojusz liberalno-ekstremistyczny, połączony z jawną legitymizacją antyrządowych burd w ukraińskiej stolicy, wymusza konieczność postawienia pytania o logiczny cel tych działań.

Analiza dotychczasowej polityki ukraińskiej wykazuje, że jakakolwiek próba efektywnego opowiedzenia się władz tego państwa za wschodnim lub zachodnim kierunkiem rozwoju, wywołuje automatycznie destrukcyjną dla aktualnych władz, reakcję państw ościennych, pogłębiając jeszcze  bardziej istniejący kryzys. Stąd też Ukraina zachowuje stabilność wyłącznie wtedy, gdy prowadzi politykę wielowektorową, zgodną z interesem oligarchów, którzy de facto rządzą krajem.
Dlatego uporczywe wyciąganie tego państwa z objęć wschodnich jest niczym innym jak wyrywaniem rąk, okaleczającym naszego wschodniego sąsiada. Tylko czy właśnie o taką Ukrainę powinno Polsce chodzić?

Artykuł został opublikowany w numerze 137/2013 logo_dziennik_trybuna
Fot. forward.com

Czytany 3238 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04