piątek, 10 październik 2014 06:04

Witold Szirin Michałowski: Po stronie ujarzmionych

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

kajdany  Witold Szirin Michałowski

Ludzkość weszła w łożysko myśli o etnicznej wolności, że myśl ta jest wzniosła, a jednocześnie niebezpieczna, że z nią musi się liczyć zdolna do organizacji rasa Ariów i uczynić pierwszy krok do porozumienia się wzajemnego i utrwalenia pokoju na kuli ziemskiej, bez przymusu ze strony świata ludzi kolorowych.

Towarzystwo Literatów i Dziennikarzy Polskich Warszawa, Bracka 5 (Tel. 60–85). Płaski cylindryczny kałamarz z ostro przyciętym gęsim piórem ozdabia górną część wyrwanej z notesu kartki papieru o formacie szkolnego zeszytu. Dominuje na niej odręczny zapis. Dla Instytutu Słowiańskiego - wykłady: Nowa Azja i Słowiańszczyzna: Ekspansja Rosji i jej znaczenie dla Słowiańszczyzny; Slawianizm a polityczno-psychologiczna sytuacja na Wschodzie; Dzieje i rola polskich wygnańców na Syberii; Stosunek panazjatyzmu do panslawizmu; Znaczenie bolszewizmu i eurazjanizmu, jako etapów w dziejach now. polityki w Azji; Narodziny nowego świata, który przestawszy być wychodzi na arenę dziejową; Braki i błędy kolonizacji romańskiej i anglo-saskiej i widoki dla kolonizacji słowiańskiej oraz Tajemnica klasztorów buddyjskich, Tajemnica Wschodu i Miłość i kobieta kolorowa.

Przy notatce o zamierzonym odczycie w Pradze osobista uwaga: anegdotą jest walka, którą toczyły we mnie nauka z wyobraźnią pisarską, walka dookoła skromnej osoby, o której miano spierano się zażarcie: uczony czy pisarz. Planował też zająć się tematami:

1. Rząd przy pracy – Prezydent, Premier i ministrowie w swoich gabinetach służbowych;

4. Kierownicy armii i ich myśli;

6. Pisarze polscy siebie i o sobie (każdemu z nich zapłacić po zł 50 za gadania);

7. Słynni myśliwi;

9. Bank Polski, Jego skarbiec i ochrona od złodziei;

10. Więźniowie i życie więzienne, najsławniejsi zbrodniarze żyjący i straceni;

12. Egzotyczni mieszkańcy Warszawy z fotolotkami i wywiadami;

14. Muzea warszawskie; 

17. Najpiękniejsze psy w Warszawie;

18. Niezwykle dla mieszkań warszawskich zwierzęta.

W roku akademickim 1923/1924 Antoni Ferdynand Ossendowski prowadził zajęcia na wyższych uczelniach. W roku następnym z pracy dydaktycznej zrezygnował. Władze uczelni nie mogły pozostać obojętne na treść prasowych „rewelacji” dotyczących osoby wykładowcy.

W Warszawie czuł się obco. Znajomych i przyjaciół z Petersburga los rozproszył po świecie. Mógł liczyć tylko na wsparcie męża swej siostry ministra Tadeusza Jasionowskiego, starszego o siedem lat. Niestety zmarł on nagle 12 października 1923 r. Szwagier karierę inżynierską, rozpoczętą na budowie kolei transsyberyjskiej kontynuował przy budowie portu we Władywostoku, na studiach organizacji pracy w Japonii, przy rozbudowie doków w Londynie. Pracował w Australii i Nowej Zelandii. Wróciwszy do Europy, został dyrektorem fabryki Rudzkiego, a po wybuchu wojny objął kierownictwo fabryki amunicji w Niżnym Tagilu na Uralu. Zarabiał świetnie. Rodzina długo przechowywała razczotnyje kniżki Sibirsko-Torgowo Banka i Wołżesko-Kamskowo Banka z łącznym wkładem przeszło pół miliona rubli. Tych starych, carskich. W Polsce z pasją oddawał się pracy społecznej. Zakładał Towarzystwo Uprzemysłowienia Kresów Wschodnich i Ligę Obrony Powietrznej, której był wiceprezesem. Kładł też podwaliny pod rozwój przemysłu lotniczego, konstruując jeden z pierwszych polskich szybowców. Nad grobem lotniczy salut oddały mu samoloty z biało-czerwoną szachownicą na skrzydłach. Owdowiała żona Maria aż do 1934 r. była kierowniczką Kancelarii Zarządu Głównego LOPP. Pensja nie wystarczała jej na utrzymanie. Musiała prosić brata Antoniego o wsparcie. Nie odmawiał.

Wśród papierów, którymi była wypełniona metalowa skrzynia, zdeponowana w piwnicy dr Leontyny B. w Tomaszowie, natrafiłem na podłużne, niespotykanego dziś formatu, zadrukowane arkusiki. Tylną, „czystą” stronę Ossendowski wykorzystał do naszkicowania odpowiedzi na jakąś ankietę. Czarny atrament wypłowiał. Mało czytelne rządki pisma drobnym maczkiem pokrywają papier. Zawierają ciekawe myśli, sformułowania. Mają walor dokumentu. Intryguje również ich druga strona. Afisz zawiadamiający, że w sali Konserwatorium Muzycznego przy ul. Okólnik 1, w środę 28 lutego 1923 r., odbędzie się: „Pierwszy Wieczór Kameralny Muzyki Polskiej w wykonaniu Zofii Iwanowskiej-Płoszko (skrzypce), Jadwigi Zalewskiej (fortepian)”. W programie utwory Szymanowskiego, Melcera i Rohozińskiego. Bilet wstępu na koncert kosztował 300 marek. Dochód przeznaczono na akcję Komitetu Opieki nad Oświatą w Szpitalach Wojskowych i wzniesienie pomnika Nieznanego Żołnierza.

Pan Antoni, jeszcze w lipcu 1922 r. oczekujący powrotu z Rosji żony Anny, już 10 czerwca roku następnego żeni się powtórnie. Wybranką jest Zofia Iwanowska-Płoszko. U progu jesieni życia spotkali się ponownie. Aby zawrzeć nowy związek, Ossendowski musiał zmienić wyznanie na ewangelicko-augsburskie. Spędzili razem 20 lat. Annie Nikołajewnie przez wiele lat płacił wysokie alimenty. Zofia (1887–1943) urodziła się w Sieradzu. Pochodziła z rodziny niezwykle utalentowanej. Jej brat Zygmunt Iwanowski (1874–1944) był znanym malarzem i portrecistą, działającym głównie w Stanach Zjednoczonych. A siostra pianistką. Ona sama studiowała grę na skrzypcach w konserwatorium w Paryżu i Brukseli. Zrezygnowała jednak z kariery artystycznej i poślubiła lekarza Adama Płoszkę, z którym zamieszkała w Baku, gdzie brat męża robił karierę jako architekt projektujący pałace kaspijskich bogaczy naftowych. Urodziła dwóch synów. Owdowiawszy, założyła w Warszawie szkołę muzyczną, była jej dyrektorką i wykładowczynią. Komponowała. Rok 1920 zabrał jej syna Zygmunta, który poległ w bitwie z bolszewikami pod Ossowem. Ona sama uczestniczyła w niej jako siostra Czerwonego Krzyża. Starszy syn Stanisław zdemobilizowany po zakończeniu wojny wstąpił do Legii Cudzoziemskiej. Została sama. Decyzję o związaniu dalszych losów z człowiekiem, który ongiś był jej adoratorem, podjęła szybko. Zaważył być może parokaratowy brylant zaręczynowy. Znajomi twierdzili, że konkurent właśnie nim pokonał rywala, którym był Adolf Nowaczyński. Zofia bała się bardzo o drugiego syna. Walczył z powstańcami Abdel-Krima na granicy Maroka. W listach donosił, że otrzymuje medale, krzyże wojenne. Nie chciała też jego stracić. Skoro nie śpieszył się z powrotem, postanowiła go do tego namówić osobiście. Świeżo poślubiony mąż miał jej w tym pomóc. Wtajemniczeni twierdzili, że głównie... finansowo. Stanisława Płoszkę należało nie tyle wykupić z Legii Cudzoziemskiej, ile zapłacić długi, których zdążył narobić. Przygotowania ruszają pełną parą. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, gdzie oboje małżonkowie mają dość szeroko rozgałęzione koneksje, udziela poparcia. Środków niezbędnych do odbycia podróży muszą dostarczyć honoraria Ossendowskiego za książki z jego „azjatyckiej” serii.

Pieniądze płynęły szeroką strugą, ale trzeba było realnie patrzeć w przyszłość. Co będzie potem? Inny kontynent, inne kraje, ludzie, zdarzenia muszą dostarczyć nowych materiałów, doznań, przeżyć, jednym słowem – tworzywa literackiego. Antoni Ossendowski sprowadza, skąd się da, dostępną literaturę dotyczącą regionu świata, który zamierza odwiedzić. Studiuje ją po nocach, robi notatki. Ciężka, żmudna, niewdzięczna praca, wymagająca wysiłku i koncentracji. Z kontynuowania kariery wykładowcy na wyższych uczelniach zrezygnował definitywnie. Dochody profesorów uniwersytetów były wówczas niezwykle mizerne. W 1923 r. miesięczna pensja rektora Uniwersytetu Warszawskiego, równała się cenie sześciu par kamaszy.

W środowisku warszawskiej inteligencji ciągle patrzono na Ossendowskiego z ukosa. Przełom nastąpił po ukazaniu się tomu jego opowiadań „Najwyższy lot”, w którym opisywał bohaterstwo młodzieży broniącej stolicy w 1920 r. Inspiratorką książki była nowo poślubiona żona. Dochód z jej ośmiu wydań autor przeznacza na ufundowanie pomnika pamięci młodych bohaterów walki z bolszewikami, który stanie na powązkowskim Cmentarzu Wojskowym. Na prośbę pani Zofii projekt pomnika wykonał jej dobry znajomy z Nieszawy, prof. Stanisław Noakowski. Osobiście zwracał się do prezydenta Warszawy, aby wyasygnował 4000 złotych na jego „wykończenie i odsłonięcie”. Sam przeznaczył na ten sam cel kwotę znacznie wyższą. W owych latach stanowiła fortunę. Pomnik stanął jednak dopiero w 1928 r.

Małżonkowie szybko realizują zamysł podróży do Afryki Północnej. Imię popularnego wówczas na całym świecie pisarza i kontakty towarzyskie żony robią swoje. W przedmowie do pierwszego tomu szkiców z tej podróży Ossendowski dziękuje wszystkim, którzy pomogli mu w jej dojściu do skutku: rządowi Francji, protektorowi Maroka, generalnemu gubernatorowi Algierii i senatorowi p. Stegg, ministrowi Urbainowi Blanc, generałom de Chambrum, Calmelowi i innym „czynnikom urzędowym”. Idąc za radą zaprzyjaźnionego redaktora „Nouvelles Litteraires”, F. Léfévre'a, podróż na drugi kontynent Ossendowscy rozpoczęli od Półwyspu Pirenejskiego. Fakt ten umotywowano następująco: „nie zdołałbym wchłonąć w siebie ducha Afryki, jeśli nie poznałbym najbliższej wysuniętej jej placówki – Hiszpanii”. Znowu dusza, tym razem nie szczepów czy narodów, ale kontynentu. Szafował tym określeniem dość często. Wystawiał się przez to na sztych prześmiewcom. Bardzo wiele jednak jego opinii spostrzeżeń i wniosków po wielu latach okazuje się niezwykle prawdziwych i trafnych. Opinia d’Alveydre’a, znakomitego francuskiego podróżnika i filozofa, że książki A. F. Ossendowskiego zawierają „geografię dusz i serc ludów” zasługuje na szczególną uwagę. Zainspirowanych podróżą do Afryki Północnej, było ich kilkanaście: Orlica, Po szerokim świecie, Nowele, obrazki i szkice z podróży, Płomienna Północ, Czarny czarownik, Pod smaganiem samumu, Niewolnicy słońca, Wśród czarnych, Na skrzyżowaniu dróg, Sokół pustyni, Życie i przygody małpki, Syn Beliry, Przygody Jurka w Afryce, Afryka, kraj i ludzie, Milioner Y.

Podróż poślubna trwała blisko pół roku. Po zwiedzeniu Hiszpanii pożegnali Europę w połowie sierpnia 1924 r. W Afryce zwiedzili Atlas Wysoki, wybrzeże Atlantyku, Maroko, Algierię, Tunis. Słyszeli ryk dział i szczękanie karabinowych zamków podczas bitwy wojsk Abdel-Krima z Hiszpanami. Obserwując wirujących w tańcu derwiszów, Ossendowski przypominał sobie rosyjskich sekciarzy chłystów i indyjskich fakirów; wdychał gorące powiewy Sahary, prażył się pod promieniami bezlitosnego słońca. Tańce pięknych kobiet z tajemniczego plemienia Uled-Nail przypominały mu tańce perskie i kaukaskie. Podpatrywał, jak zaklinacz wężów łapie jadowite wipery i straszliwe „naja”. Prowadził długie rozmowy z żyjącymi „świętymi” marabutami pochodzącymi rzekomo od Fatimy, córki Mahometa. Wsłuchiwał się w monotonne nawoływania muezinów, gdy o wschodzie słońca zawodzili ze szczytów minaretów: Lu Illa Allach u Mahomed Rassul Allah, Allah Akbar. Był jednym z pierwszych, który dostrzegł budzącą się groźną siłę w afrykańskim islamie. Fakt ten interpretował dość oryginalnie: „Uważając, że związek islamu z buddyzmem był ostatnim aktem kwestii panazjatyckiej, poczem nastąpić mogłaby akcja czynna dla europejskiej cywilizacji wroga i niebezpieczną tym bardziej, iż byłaby kierowana przez rząd Rosji Sowieckiej, naturalnie w tym kierunku zainteresowany. Chciałem przyjrzeć się islamowi afrykańskiemu jako najpotężniejszemu kultowi na Czarnym Kontynencie, który tai na swych niezbadanych jeszcze dostatecznie przestworzach nieznane siły mięśni i ducha milionów czarnych ludzi. Europa kipiąca we własnych sprawach przeoczyła już obudzenie się żółtego kontynentu, może więc przeoczyć też budzenie się czarnego”.

Podróż po Afryce Północnej w niczym nie przypominała konnego safari o życie przez Azję którą opisał w światowym bestsellerze „Przez kraj bogów, zwierząt i ludzi.” Do samochodów, przedziałów I klasy w pociągach i kabin statków pasażerskich, służący i boye hotelowi przenosili kufry z toaletami małżonki, pudła z bronią myśliwską i frak pisarza. Ossendowscy na dłużej zatrzymują się w Fezie, ówczesnej siedzibie zależnego od Francji sułtana Maroka. W październiku wysyła do kraju fotoreportaż: z 10 fotografiami i artykułem „Fez – miasto potomków Mahometa”. Odwiedzają Stanisława Płoszkę. Z pasierbem, którego wojskowy staż w Legii Cudzoziemskiej dobiegł właśnie trzech lat, przypadną sobie do gustu. W listach będą zwracali się do siebie: Stasiu, Tosiu! Zwiedzają Tlemcen, Meknes, Marrakesz i Biskrę ruiny Kartaginy i odległą saharyjską oazę Figuig. Są podejmowani przez gubernatora, miejscowych notabli, dowódców okrętów wojskowych, zapraszani na polowania organizowane przez oficerów sztabowych. W Marrakeszu polski pisarz odbywa długą rozmowę z szefem francuskiego wywiadu odpowiedzialnym za politykę, Paryża wobec feudalnych rodów książęcych-kaidów Atlasu Wysokiego. Gości u płk. Manotto, kolegi-wykładowcy z Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. W Casablance spotykają przyjaciela, redaktora z „La Presse Marocaine”, Jeana Ronauda, byłego korespondenta prasy francuskiej z wojny polsko-bolszewickiej. Wszędzie witają ich, otwarte drzwi oraz gotowość w udzielaniu wyjaśnień i służeniu pomocą w uzyskaniu przewodników i tłumaczy. Nie był to chyba taki sobie zwykły wojaż podstarzałego globtrottera z nie pierwszej już młodości damą serca. Podróż wspominają jako „odbytą w warunkach nader sprzyjających”. „Francuzi nosili na rękach, dawali wszędzie samochody wojenne, darmowe przejazdy kolejowe i parowcami, eskortę wojskową. Widzieliśmy wszystko, byłem nawet w jednej bitwie na granicy Riffu. Polowanie ilościowo dobre, jakościowo – marne. Zabiłem 4 dziki, 2 gazele, 2 szakale i 300 czerwonych kuropatw. Są pantery, lecz bardzo rzadko i tylko wypadkowo można ją spotkać. Zrobiliśmy około siedem tysięcy kilometrów samochodem. Zochna moja straciła 10 kilogramów, ja – 5. Krytyka polska zafrapowana nieco krytyką francuską i angielską, a nawet niemiecką z obozu zdrowo myślącego gwałtownie zmienia front względem mnie i stara się nawiązać ze mną stosunki przyjazne. W marcu jadę z odczytami: o Azji , o islamie (wrażenia afrykańskie) i o Polakach na wygnaniu w Rosji do Stockholmu, Kopenhagi, Rotterdamu, Londynu, Budapesztu i Pragi czeskiej. W sierpniu wyruszamy do Afryki Centralnej.”

Dla kierowników francuskiej polityki kolonialnej polski pisarz był autorem światowych bestsellerów. Spodziewali się, że w swojej kolejnej książce we właściwym świetle przedstawi „misję dziejową” Francji na Czarnym Lądzie: działalność cywilizacyjną jej administratorów, a także dzikość, barbarzyństwo, fanatyzm religijny i zacofanie tubylców, którzy jeśli nie powyrzynali się dotychczas nawzajem, to tylko dzięki ofiarnej, pełnej poświęcenia dla zachowania pokoju służbie formacji spahisów czy meharysów z pustynnych garnizonów i dzielnym białym chłopcom z Legii Cudzoziemskiej.

Dwutomowy, liczący blisko 800 stron zbiór reportaży z krajów Maghrebu jest rzetelnie i bogato udokumentowany historycznie, etnograficznie i przyrodniczo. Napisany żywym, barwnym stylem, zawiera wiele oryginalnych uwag i spostrzeżeń, zapisów legend, mitów i ważnych wydarzeń z życia egzotycznych plemion: Czytelnik może się zapoznać zarówno z metodą poskramiania i zaklinania węży, jak i budzącymi lęk obrzędami prastarych kultów, które mieszkańcy północnego skrawka tego kontynentu mieli otrzymać w spadku po Atlantach, i tajnikami żebraczego rzemiosła. Od lektury oderwać się trudno. Doskonałe, plastyczne opisy krajobrazów, miast, antycznych ruin, typów ludzkich. Autor trzyma czytelnika w napięciu, świadomie kierując jego uwagę na sprawy najistotniejsze: „Ludzkość weszła w łożysko myśli o etnicznej wolności, że myśl ta jest wzniosła, a jednocześnie niebezpieczna, że z nią musi się liczyć zdolna do organizacji rasa Ariów i uczynić pierwszy krok do porozumienia się wzajemnego i utrwalenia pokoju na kuli ziemskiej, bez przymusu ze strony świata ludzi kolorowych”.

Nie wszyscy byli zachwyceni, znajdując opisy jaskrawej nędzy panującej wśród podbitych przez Francję ludów i niezbyt nawet zawoalowany podziw dla powstańczego zrywu Rifenów pod przywództwem Abdel-Krima, głoszącego hasła dżihadu – świętej wojny wyznawców islamu przeciwko kolonizatorom. Relacjonując rozmowę z muzułmańskim mułłą, jaką odbył w sławnej na cały świat islamu uczelni, znanej już w X wieku medresie Keruin w Fezie, pisarz alarmuje, że w Maghrebie kursowało z rąk do rąk pismo od imamów muzułmanów rosyjskich z żądaniem uznania nastania ósmego okresu, w którym rodzą się prorocy-posłańcy Allaha z mesjaszem Lenina i jego namiestnikiem dla Afryki Abdel-Krimem. Wypowiedź mułły zabrzmi jak memento. Dziś mógłby równie dobrze wygłosić ją któryś z przywódców Talibów: „Nie wiem, czy znajdzie się człowiek lub organizacja, która potrafi wstrzymać wybuch ludów wyznających naukę Mahometa. Jesteście dla nas obcymi z ducha, ponieważ duch wasz stał się niewolnikiem ciała. Poczucie boskiej sprawiedliwości zmieniło się u was w spekulację dla wytłumaczenia i usprawiedliwienia zbrodni. Wzbogacenie stało się celem waszego życia, Bogiem waszym jest złoto, które zdobywacie rękoma niewolników, zmuszając ich do milczenia, pokory i pracy tylko dla was. Wasze spory, podstępy i wojny zrzuciły z chrześcijan maskę. Usta wasze wymawiają fałszywe słowa miłości, a ręka posyła śmiertelne pociski i kuje kajdany. Nie chcecie zrozumieć, że przyszedł czas, gdy wielki duch wolności przebiega ziemię od krańca do krańca, zagląda do każdego domu, do najmniejszego namiotu i woła ku sobie. Gdy wyzwolony zostanie świat ujarzmionych, wtedy boskie prawo rozstrzygnie, co mamy wziąć od waszej cywilizacji, a co mamy jej dać z naszego ducha (...)”.

Pisarz sympatyzuje ze światem ujarzmionych. Nader krytycznie ocenia działalność białych kolonów wydzierających Berberom, Arabom i Kabylom najlepsze urodzajne ziemie i spychających ich na tereny jałowe i pustynne. Był jednym z nielicznych, którzy potrafili już 90 lat temu rzucić w twarz ludziom białej rasy słowa: „Naszej moralnej cywilizacji islam, buddyzm, szintoizm, konfucjanizm i nawet pogaństwo nie potrzebują”.

Po powrocie z Afryki korzysta z zaproszenia przyjaciela, starosty gnieźnieńskiego T. Łyskowskiego. W mieście św. Wojciecha wygłasza odczyt o wrażeniach z podróży, połączony z koncertem żony, która prezentuje najnowsze własne kompozycje, oparte na motywach folkloru hiszpańskiego. Znaczną sumę zebraną u tłumnie przybyłej publiczności państwo Ossendowscy ofiarowali na pomnik Bolesława Chrobrego. „Wiadomości Literackie” donoszą, że w ankiecie „Neues Wiener Journal” w 1924 r. krytycy uznali „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, za najlepszą książkę roku. W początkach czerwca redakcja „Dziennika Berlińskiego” prosi o zgodę na jej druk w odcinkach. Gazeta wychodzi w języku polskim. Autor rezygnuje z honorarium. 17 czerwca 1925 r. Ossendowski zostaje przyjęty do Pen Clubu i wybrany na członka zarządu „The Geographical Journal”. Oficjalny organ Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie nie był skłonny obdarzać pochwałami cudzoziemskich autorów i to tych, którzy darzyli sympatią Francję. Dlatego z recenzją „Płomiennej Północy” warto się zapoznać. „Jest cennym komentarzem do kontrowersji, która powstała dookoła jego [Ossendowskiego] azjatyckich wędrówek. Rzuca bowiem wiele światła na bystrość autora i jego zdolność robienia spostrzeżeń i zbierania wiadomości. Ossendowski nie zapomina nigdy – niezależnie od tego, co pisze – o głębszych problemach towarzyszących zadaniom administracji europejskiej w kraju posiadającym swą własną starożytną filozofię. Można by mu zarzucić – jeśli to można nazwać zarzutem – że daje za wiele opisów i malowniczych obrazów. Niemniej nie zapomina nigdy o sprawach żywotnych, które umie zawsze należycie uzasadnić. Niektóre zarzuty rzekomej niekompetencji autora opisującego egzotyczne ludy i ich dzieje obciążają tłumacza. Inskrypcje na kamiennych blokach starożytnej Kartaginy zostały bowiem wykonane nie rękami. Hetytów, a Koptów. Powinno być «Coptic», a nie «Chetic». Oraz nie «Cartage delenda esse» a «Cartage delenda est»".

W początkach lipca 1925 r. wygłasza odczyt w Polskim Towarzystwie Przyjaciół Dalekiego Wschodu na temat zakusów germańskich i bolszewickich na nasze ziemie. Intuicja zaiste zdumiewająca?

(Powyższy teks jest fragmentem książki, przygotowywanej do druku przez wydawnictwo ZYSK i Spółka).
Fot. www.autospies.com

Czytany 5921 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04