piątek, 12 grudzień 2014 06:01

Thierry Meyssan: Jak Putin wywrócił strategię NATO?

Oceń ten artykuł
(12 głosów)

Thierry Meyssan

Reakcje Rosji wobec wojny ekonomicznej, jaką wypowiedziały jej państwa członkowskie NATO, przypominają klasyczną wojnę. Moskwa uległa jednostronnym sankcjom, by lepiej wciągnąć przeciwnika na wybrany przez nią teren i jednocześnie, by zabezpieczyć sobie przyszłość. Zawarła porozumienia z Chinami i z Turcją, by zdezorganizować NATO. Tak, jak w wypadku wojen z Francją lub z Niemcami, początkowe porażki mogą jej zagwarantować ostateczne zwycięstwo.

Podczas dorocznego szczytu na temat bezpieczeństwa, zorganizowanego przez Fundację Bertelsmanna i NATO w Monachium w 2007 r., prezydent Władimir Putin podkreślił, że interes Europejczyków nie powinien być wyłącznie atlantycki, ale powinien także uwzględniać relacje z Rosją. Począwszy od tamtej pory Moskwa nie przestała nawiązywać relacji gospodarczych, w tym realizacji gazociągu North Stream, zbudowanego pod kierownictwem dawnego niemieckiego kanclerza Gerarda Schrödera. Ze swej strony, Stany Zjednoczone uczyniły wszystko, aby temu zbliżeniu zapobiec, łącznie z organizacją zamachu stanu w Kijowie i sabotażem gazociągu South Stream.

Wedle atlantyckiej prasy, Rosja mocno odczuła jednostronne „sankcje”, nałożone po przyłączeniu Krymu do Federacji Rosyjskiej lub pod strąceniu samolotu malezyjskich linii lotniczych i poprzez obniżenie ceny ropy. Rubel stracił 40% swojej wartości, koszt nieprzydatnych inwestycji gazociągu South Stream wyniósł 4,5 mld USD. Embargo żywnościowe kosztowało już 8,7 mld USD. W wyniku tego Rosja jest dziś zrujnowana i politycznie odosobniona.

Prasa atlantycka nie wspomina jednak o konsekwencjach tej ekonomicznej wojny dla Unii Europejskiej. Nie wspominając o tym, że zakaz eksportu żywności może zniszczyć całe sektory unijnego rolnictwa, zrzeczenie się budowy South Stream zaciąży poważnie zwyżką cen energii.

Wydaje się, że konsekwencją jednostronnych „sankcji” był nieprzewidziany spadek cen ropy. Rzeczywiście, ten proces zapoczątkowany został 20 czerwca typowymi wahaniami, zaś w apogeum wyszedł dopiero pod koniec lipca, w momencie nałożenia pierwszych ekonomicznych „sankcji”. Jednak cena ropy nie ma żadnego związku z popytem i podażą. Każda bowiem spekulacja ogranicza  się do wysokości zaangażowanego kapitału. W odpowiedzi rosyjskie środki finansowe, na wieść o sankcjach, gwałtownie przyśpieszyły odwrót. W pierwszej chwili, obniżkę cen ropy przypisano wysiłkom Arabii Saudyjskiej, by zablokować amerykańskie inwestycje w wydobyciu gazu łupkowego i niekonwencjonalnej ropy. Jednak w czasie spotkania OPEC okazało się, że Saudyjczycy nie mają z tym nic wspólnego. Wydaje się bowiem niemożliwością, by Arabia Saudyjska spekulowała przeciwko swemu amerykańskiemu suwerenowi.

Jak by nie było, Moskwa zaskoczyła Waszyngton, przewracając całą dyplomatyczną układankę: Władimir Putin udał się do Turcji, państwa członkowskiego NATO, akurat po wizycie amerykańskiego wiceprezydenta Joe Bidena, by zawrzeć gigantyczne porozumienia ekonomiczne. Nie dość, że obchodzą one jednostronne sankcje państw członkowskich Sojuszu, co całkowicie je dezorganizują.

Aktualnie Turcja jest państwem przekształcającym się w państwo autorytarne. Według Departamentu Stanu – pobłażliwego wobec członka NATO – Internet jest tam cenzurowany; rząd przekroczył swoje uprawnienia, przerywając śledztwa na temat korupcji przeciwko członkom rządu i ich rodzinom; represjonowani byli urzędnicy i policjanci prowadzący dochodzenia; mniejszości pozbawione są praw, za wyjątkiem trzech mniejszości, wskazanych przez Traktat Lizbonski w 1923 r.; administracja Recepa Tayyipa Erdogana przetrzymuje setki więźniów politycznych (głównie wyższych rangą oficerów winnych kontaktów z armią chińską, opozycyjnych działaczy politycznych, dziennikarzy i adwokatów); stosowanie tortur jest powszechne, szerzą się samowolne aresztowania a bezprawne zabójstwa są na porządku dziennym.

Przestępcze działania administracji R. T. Erdogana stanowią powód zaniepokojenia w łonie NATO, tym bardziej, że Turcja okazuje się także krnąbrnym sojusznikiem. Upiera się przy popieraniu dżihadystów w ich walce z Kurdami (choć w większości to sunnici), zamiast aktywnie przyłączyć się do amerykańskiej koalicji przeciwko Państwu Islamskiemu. Dlatego też wiceprezydent J. Biden przybył 22 listopada do Ankary, by z pewnością pogrozić prezydentowi R. T. Erdoganowi, gdyby zechciał wyłamać się z szeregu.

1 grudnia W. Putin również udał się do Ankary. Oddzielając kwestie ekonomiczne od politycznych, przestawił długo przygotowywaną propozycję: bezprecedensowy sojusz ekonomiczny między obydwoma narodami. Dobrze rozumiejąc, że ta nieoczekiwana propozycja była jedynym wyjściem wobec Waszyngtonu, prezydent R. T. Erdogan podpisywał wszystkie, przygotowane przez Rosjan, dokumenty. Zgadzał się na wzmocnienie czarnomorskiego gazociągu, łączącego jego kraj z Rosją; zakup po dobrej cenie rosyjskiego gazu i nawet cywilnych reaktorów jądrowych dla zasilania swojego przemysłu, dostarczanie Rosji produktów rolniczych, mimo istnienia embarga ze strony wszystkich pozostałych krajów atlantyckich itp.

Dla NATO, turecki program zamienił się w koszmar.

W. Putin z pewnością nie zmienił zdania na temat R. T. Erdogana, który w kręgach rosyjskich uważany jest za „podrzędnego kryminalistę”, który dołączył do Braci Muzułmańskich, zaś do władzy został wyniesiony dzięki CIA i który zachowuje się dziś, jak prawdziwy szef mafii. Jednak rosyjski prezydent nawykł do oligarchów czy przywódców krajów Środkowej Azji, którzy są niewiele lepsi. Sam przecież wspiął się na Kreml w otoczeniu Borysa Jelcyna i Borysa Bierezowskiego.

Ze swej strony R. T. Erdogan wie, że swoją władzę zawdzięcza NATO i że dziś wystawia się mu rachunek. Odstępstwa przychodzą mu bez trudności: jest sojusznikiem politycznym Waszyngtonu i gospodarczym Moskwy. Wie, że nigdy żadne państwo nie wyszło z Sojuszu, ale wyobraża sobie, że w tej podwójnej grze utrzyma się przy władzy.

Spójrzmy teraz na strategię W. Putina.

Potęga Stanów Zjednoczonych polega jednocześnie na ich walucie, którą narzucają reszcie świata poprzez kontrolę rynku ropy i za pomocą swojej armii.

Kraje NATO wszczęły właśnie wojnę ekonomiczną przeciwko Rosji. Dla potrzeb propagandy ukrywają swe ataki za tzw. „sankcjami”. Sankcje jednak zakładają dochodzenie, proces sadowy i werdykt, jednak nie w tym przypadku. Najpoważniejsze „sankcje” zostały powzięte po zestrzeleniu cywilnego samolotu nad Ukrainą, choć najprawdopodobniej został on strącony na polecenie nowych władz w Kijowie.

Pierwszą odpowiedzią W. Putina było podpisanie największego w historii kontraktu z chińskimi partnerami, zwracając przyszłość swego w kierunku Dalekiego Wschodu. Następnie wykorzystał Turcję przeciwko NATO, by obejść zachodnie „sankcje” handlowe. Czy to z Chinami, czy to z Turcją, Rosja sprzedaje swoją energię za lokalną walutę lub w wymianie barterowej, ale nigdy za dolary.

Rosyjscy eksperci szacują, że Waszyngton będzie interweniować, jeśli kurs ropy utrzyma się przez ponad 6 miesięcy poniżej 60 USD za baryłkę. Dwa miesiące temu, zarządzająca rosyjskim bankiem centralnym Elwira S. Nabiulina, potwierdziła przed Dumą, że jest przygotowana na taki scenariusz, a rezerwy w podległej jej instytucji są wystarczające.

Choć na razie Rosja mocno odczuwa natowski atak ekonomiczny, sytuacja może się w konsekwencji, odwrócić za 6 miesięcy. By utrzymać swoje panowanie nad światem, Waszyngton byłby zmuszony interweniować w celu podwyższenia cen ropy. W międzyczasie ta wojna zablokuje Unię Europejską i NATO, podczas gdy Rosja przekieruje swoją gospodarkę w stronę chińskiego sojusznika. Ostatecznie Rosja działa tu tak, jak działała zawsze. Niegdyś, stosowała „taktykę spalonej ziemi”, kiedy Francja Napoleona lub hitlerowskie Niemcy ją zajmowały. Niszczyła swoje własne bogactwa na obszarach zajmowanych przez nieprzyjacielskie armie i nieustannie wycofywała się daleko na wschód, by następnie wrócić i wymieść wyczerpanych zbyt głęboką penetracją zaborców.

Tłumaczenie: Andrzej Przełożył
Fot. www.skai.gr

Czytany 7934 razy