wtorek, 17 czerwiec 2014 06:09

Ronald Lasecki: Eurazji pozwolono umrzeć w Kijowie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

grave_euroaz  Ronald Lasecki

Rosja bez Ukrainy staje się tym, czym Francja stała się po stracie Algierii. Hasło „Algierii francuskiej” dla francuskich nacjonalistów nie było po prostu hasłem obrony jednej z wielu kolonii czy też zamorskich prowincji Paryża. Zachowanie francuskiej Algierii było warunkiem zachowania przez Francję statusu globalnego mocarstwa...

Stary niedźwiedź mocno śpi

Zdjęcia i materiały docierające w ostatnich tygodniach i miesiącach z południowej i wschodniej części Ukrainy jasno unaoczniają, że rządząca w Kijowie junta i pozostający na jej usługach nacjonaliści nie cofną się przed najbardziej brutalnymi posunięciami, w tym także przed masakrowaniem ludności cywilnej, by odzyskać polityczną integralność państwa i zlikwidować prorosyjską irredentę. 300 osób spalonych żywcem w Odessie nie wyczerpuje bynajmniej listy ofiar brutalizacji ukraińskiej ofensywy przeciwko separatystom. Tworzący trzon Gwardii Narodowej i zakładanych przez oligarchów prywatnych armii ukraińscy nacjonaliści nie przejmują się sankcjami, pogorszeniem swojego wizerunku ani stratami własnymi grożącymi im w rezultacie prowadzonych działań. Udało im się zlikwidować prorosyjskie organizacje w Odessie i opanować liczącą się część Donieckiej Republiki Ludowej. Najpewniej w ciągu kilku najbliższych miesięcy obydwie separatystyczne republiki, utworzone we wschodniej części Ukrainy, zostaną zbrojnie zlikwidowane, zaś prorosyjskie organizacje i środowiska rozproszone organizacyjnie lub wyeliminowane fizycznie.

Wszystko to dzieje się przy niemal zupełniej bierności Rosji, która ograniczyła się do zajęcia izolowanego strategicznie Krymu i skamlenia na forum organizacji międzynarodowych, by Zachód powstrzymał rozlew krwi i poczynił starania dla deeskalacji konfliktu. Władze Rosji wysłały również kilka razy sygnały, że nie będą interweniować zbrojnie w ukraińskiej wojnie domowej i że zamierzają szukać porozumienia z nowymi władzami w Kijowie.

Rosja została zatem politycznie upokorzona i poniżona. Władimir Putin, który pospieszył się z deklaracją uznania wyniku wyborów na Ukrainie, nie został nawet zaproszony na zaprzysiężenie nowego prezydenta tego państwa. Rosyjscy obywatele są masakrowani i bici, rosyjscy kandydaci w ukraińskich wyborach byli zastraszani, wszystkie aktywne politycznie siły ukraińskie posługują się radykalnie antyrosyjską retoryką, Rosja tymczasem cofa się przed wojną i szuka porozumienia z władzami w Kijowie. Co to wszystko znaczy?

Koniec snów o potędze

Po pierwsze, wydarzenia na Ukrainie kompromitują Rosję jako mocarstwo i falsyfikują jej rolę jako regionalnego hegemona. Ukraina jest najważniejszym krajem z punktu widzenia utrzymania przez Rosję jej statusu mocarstwowego. Rosja potrzebuje do utrzymania tego statusu co najmniej neutralnej wobec siebie Ukrainy. Z nieprzyjazną i niezależną od siebie Ukrainą u swych granic, Rosja przestaje być mocarstwem i traci szansę zbudowania wokół siebie eurazjatyckiego imperium, a staje się po prostu dużym i silnym państwem, swoją geopolityczną rangę degradując do poziomu np. Francji lub Indii.

Rosja bez Ukrainy staje się tym, czym Francja stała się po stracie Algierii. Hasło „Algierii francuskiej” dla francuskich nacjonalistów nie było po prostu hasłem obrony jednej z wielu kolonii czy też zamorskich prowincji Paryża. Zachowanie francuskiej Algierii było warunkiem zachowania przez Francję statusu globalnego mocarstwa, tak więc jej dotychczasowej tożsamości międzynarodowej. Po ustąpieniu z Algierii, Francja stała się po prostu dużym i silnym państwem europejskim, jak np. Włochy. Kapitulacja w Algierii i zdrada żyjących tam Francuzów, ludności francuskojęzycznej i zwolenników Francji przez Charlesa de Gaulle'a była dokładnie tym samym, czym jest kapitulacja na Ukrainie i zdrada żyjących tam Rosjan, ludności rosyjskojęzycznej i zwolenników Rosji przez W. Putina. Porzucone na pastwę arabskich nacjonalistów francuskie „czarne stopy” powołały dla ratowania swojej lokalnej algierskiej ojczyzny i mocarstwowego statusu Francji polityczno-wojskową konspirację starającą się fizycznie wyeliminować ówczesnego francuskiego przywodcę. Było to moralnie i politycznie słuszne, gdyż Ch. de Gaulle był politycznym zdrajcą i tchórzem. Nie sądzę by na bazie prorosyjskiej irredenty w Donbasie zawiązały się analogiczne spiski skierowane przeciwko W. Putinowi, ale nie jest chyba dziełem przypadku, że obecnego rosyjskiego prezydenta często porównywano do Ch. De Gaulle'a, a rosyjska konstytucja nawiązuje do systemu „pół-prezydenckiego” V Republiki Francuskiej.

Prestiżowe znaczenie pogodzenia się przez Rosję z utratą Ukrainy mogłoby znaleźć swoje odpowiedniki w ewentualnej akceptacji przez Chiny niepodległości Tajwanu lub akceptacji przez Serbię niepodległości Kosowa. Jak wiadomo, Serbia stoczyła o Kosowo wojnę z całym NATO, Chiny zaś, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, nie zawahałyby się przed podobną wojną o Tajwan. Nawet Francja, zanim nastąpiła zdrada Ch. de Gaulle'a, stoczyła długą i kosztowną wojnę o Algierię. Podobnie Portugalia, przed zdradzieckim zamachem komunistów w 1974 r., prowadziła wieloletnią wojnę o zachowanie statusu mocarstwa. Tylko zatem W. Putin dobrowolnie zgodził się na degradację, upokorzenie i ośmieszenie swojego państwa na arenie międzynarodowej.

Mieszkający na Ukrainie jej rosyjskojęzyczni obywatele są pod względem narodowym najbliżsi Rosjanom. Wielu z nich to po prostu Rosjanie przypadkowo oddzieleni od macierzy arbitralnie przeprowadzoną granicą państwową. Są oni z pewnością bliżsi Ruskim niż większość etnosów turańskich i kaukaskich zamieszkujących samą Federację Rosyjską. Z pewnością są im bliżsi niż Osetyjczycy i Abchazi, w obronie których Rosja zaatakowała Gruzję w sierpniu 2008 r.

Podburzanie ludności rosyjskojęzycznej na Ukrainie do buntu przeciw władzom w Kijowie i zarazem pozostawienie jej na pastwę ukraińskich nacjonalistów jest zatem ze strony obecnych władz na Kremlu wyjątkowo etycznie odstręczające.

Pośrednie zaangażowanie sił rosyjskich w ten konflikt nie jest tu żadnym wytłumaczeniem, ponieważ Rosja z łatwością mogłaby pokonać dziś Ukrainę i zająć cały jej południowy wschód, efektywnie zabezpieczając żyjącą tam ludność rosyjskojęzyczną.

Zachód od początku lat 1990' milcząco uznaje obszar poradziecki za nieformalną strefę wpływów Rosji i na pewno nie interweniowałby w taki konflikt bezpośrednio, obawiając się kosztownej i nieopłacalnej dla siebie wojny. Przedstawiciele kijowskiej junty wielokrotnie przyznawali otwarcie, że armia ukraińska nie byłaby w stanie oprzeć się rosyjskiej ofensywie i że jest wątpliwe, czy w ogóle nawiązałaby walkę. Zwycięstwo militarne Rosja miała zatem w kieszeni i wyłącznie brakowi woli politycznej W. Putina należy przypisać, że nie sięgnęła po nie dotychczas, godząc się z bezprecedensowym upokorzeniem. W. Putin, mając wszystkie atuty w ręku i musząc wybierać między wojną a hańbą, wybrał hańbę.

Odrodzenie Kontynentu? – Pas d'illusions, messieurs!

Po drugie, mamy do czynienia z geopolityczną katastrofą dużo poważniejszą niż rozpad ZSRR. Ukraina rządzona przez amerykańskie marionetki i manipulowanych z kolei przez nie nacjonalistów jest atlantyckim klinem wbitym w samo serce Europy. Przekreśla ona zarówno projekt eurazjatycki, jak i możliwość zbliżenia Unii Europejskiej z Rosją. Atlantycka Ukraina, podobnie jak na mniejszą skalę Kosowo na Bałkanach, jest geopolitycznym wrzodem na ciele Europy. Szowinizm narodowy w obydwu tych państwach jest na tyle silny, że ich reintegracja z Serbią lub z Rosją jest rzeczą w przewidywalnej przyszłości niewyobrażalną. Zarazem, tamtejszy nacjonalizm przyjmuje orientację ściśle atlantycką i proamerykańską. Dmytro Jarosz publikuje na swoich profilach internetowych grafiki popierające Stany Zjednoczone i prezydenta Baracka Obamę, a albańscy mieszkańcy Kosowa należą do najbardziej jednolicie proamerykańskich narodów w Europie. O ile Kosowo jednak jest geopolityczną peryferią, o tyle rządzona przez atlantystów Ukraina może stać się „kordonem sanitarnym” skutecznie oddzielającym od siebie Europę i Rosję.

Atlantycka Ukraina uniemożliwia powstanie nie tylko Wielkiej Europy, ale również Eurazji. Projektowana na Kremlu (i w Astanie) Unia Eurazjatycka bez Ukrainy nie ma sensu. Mogłaby być jedynie związkiem Rosji i dwóch sąsiednich wobec niej państw – Białorusi i Kazachstanu, co odbiera jej jakiekolwiek znaczenie geopolityczne, a przekształca w zwyczajny trójstronny sojusz od jakich roi się już teraz nawet w samym obszarze eurazjatyckim, nie wspominając już o reszcie świata.

Zwróćmy ponadto uwagę, że atlantycka Ukraina oznacza także wyrok na prorosyjskie Naddniestrze, które trwać dotychczas mogło dzięki neutralnej postawie władz Kijowie. Izolacja Naddniestrza przez Ukrainę oznacza wzięcie tej rosyjskiej republiki w geopolityczne kleszcze i grozi jej zaduszeniem. W dalszej perspektywie przesądzony może być także los samej niepodległej Republiki Mołdowy. Jej aneksji przez Rumunię na przeszkodzie stało dotychczas wspomniane Naddniestrze i inne działające w Mołdowie siły prorosyjskie, które jednak odcięte przez Ukrainę od kontaktu z Rosją, ulec będą musiały dezintegracji.

Wreszcie obecne zwycięstwo orientacji atlantyckiej na Ukrainie jest najprawdopodobniej decydujące dla dalszej zachodniej orientacji tego państwa. Każda próba prowadzenia na Ukrainie polityki eurazjatyckiej kończy się bowiem siłowym obaleniem próbującej ją realizować ekipy rządowej. Obecna pacyfikacja sił prorosyjskich odbiera zaś możliwość opierania się w tym kraju polityce prozachodniej. Ważne są też przemiany zachodzące w świadomości społecznej: w Ukrainie dorosło już pokolenie nie pamiętające Związku Radzieckiego, wychowane na historiografii eksponującej dzieje kozaczyzny, życie i twórczość Tarasa Szewczenki, inaczej niż historiografia radziecka oceniającej działalność OUN-UPA. Poszerza się zasięg języka ukraińskiego kosztem języka rosyjskiego, a posługiwanie się tym drugim staje się powodem do wstydu i przyczyną stygmatyzacji. W toku kolejnych zwycięskich starć politycznych z Rosją i lokalnymi eksponentami jej interesów niepodległe państwo ukraińskie zyskuje w oczach nowych pokoleń Ukraińców legitymizację i realną treść polityczną. O ile w 2005 r. przeciwko Wiktorowi Janukowyczowi demonstrowali przede wszystkim mieszkańcy zachodniej części Ukrainy, o tyle podczas rewolucji poprzedzającej obecny kryzys nie protestowali jedynie mieszkańcy Doniecka i Sewastopola. Również w percepcji zachodnich elit politycznych Ukraina staje się z upływem czasu coraz pewniejszą inwestycją.

Geopolityczną konsekwencją obecnych wydarzeń na Ukrainie będzie więc przesunięcie się południowo-zachodnich granic geopolitycznych Eurazji do stanu z XVI w., gdy w Rosji panował Iwan Groźny. Ukraina za kilka lat będzie członkiem NATO i Unii Europejskiej, na jej terytorium znajdą się amerykańskie bazy, a już wcześniej jej gospodarka i ideosfera zostaną skolonizowane przez zachodni kapitał i popkulturę.

Trudno na razie powiedzieć, jak powinniśmy się do tego ustosunkować. Z pewnością, w dzisiejszej Ukrainie nie ma żadnej liczącej się siły politycznej, z którą moglibyśmy się utożsamiać. Siły prorosyjskie zostaną wkrótce wyeliminowane a ukraińskich Ruskich może spotkać los podobny do losu Serbów w Kosowie. Prawy Sektor to ukraiński odpowiednik libijskich i syryjskich islamistycznych "szczurów". Kijowski obóz demoliberalny składa się w całości z wychowanej na amerykańskich pieniądzach elicie kompradorskiej. Układ sił w porewolucyjnej Ukrainie powtarza więc schemat znany z rewolucji kosowskiej, libijskiej, syryjskiej i im podobnych: na górze są słabe "waszyngtońskie kukły", do brudnej roboty przeznaczono zaś zidiociałych nacjonalistycznych "tłuków", którym pomachać wystarczy przed oczami czarnym słońcem lub swastyką, a gotowi są zajadać, oblizując się, podsunięte im jadło. Być może z czasem w Ukrainie pojawi się siła, którą będzie można popierać, choćby jako mniejsze zło, na razie jednak żadnej takiej siły nie ma.

Król jest nagi

Po trzecie, W. Putin okazał się słabym przywódcą. Dla większości obserwatorów osoba W. Putina zawsze pozostawała nieprzenikniona i zagadkowa. Ścierać się w nim miałyby tendencje eurazjatyckie i patriotyczne, oraz liberalne i technokratyczne. Wydaje się jednak, że kojarzenie W. Putina z eurazjatyzmem było samooszukiwaniem się przez zwolenników odbudowy rosyjskiego ośrodka siły. W rzeczywistości, posunięć W. Putina jakie dałoby się wpisać w logikę eurazjatycką nie było niemal w ogóle. W. Putin otoczył się liberalnymi technokratami i oligarchami jak Jewgienij Gontmacher, Igor Jurgens, Aleksandr Wołoszyn, Władimir Surkow, Gleb Pawłowski, Michaił Friedman. Na swojego następcę po zakończeniu drugiej kadencji prezydenckiej wybrał nie kojarzonego z opcją patriotyczną Siergieja Iwanowa, ale kojarzonego z liberalnymi zapadnikami Dmitrija Miedwiediewa. Wprowadził Rosję do WTO i dotychczas nie konwertował rosyjskich rezerw walutowych na złoto. Zaniechał de facto rozwijania integracji eurazjatyckiej. Po piętnastu latach rządów W. Putina w Rosji wiadomo już, że bliżej mu do liberalnych i prozachodnich technokratów, niż do projektu eurazjatyckiego. Tradycjonaliści pokładający nadzieję w W. Putinie mylili się, tak jak wcześniej francuska prawica wiążąca się z Ch. de Gaullem. W. Putin byłby dobrym przywódcą europejskiego państwa wielkości Polski. Sprawdziłby się rządząc krajem o geopolitycznej randze Węgier, przed którym nie stoją poważniejsze wyzwania natury geopolitycznej ani historycznej. W. Putin byłby dobrym, konserwatywnym przywódcą państwa narodowego, jednak do rządzenia eurazjatyckim imperium Rosji potrzebny jest ideowy kręgosłup i szersza perspektywa historyczna, których W. Putinowi wyraźnie brakuje.

Patrząc przez pryzmat standardów zachodnioeuropejskich W. Putin jest twardym, realistycznym politykiem i konserwatystą. Standardy zachodnie są jednak wyraźnie zaniżone przez liberalizm i przez to nie odzwierciedlają potrzeb polityki realizowanej poza cieplarnianymi warunkami Unii Europejskiej. Poza granicami żyjącego postpolitycznymi złudzeniami brukselskiego protektoratu USA, stosunki międzynarodowe wciąż żądzą się prawem silniejszego i nie ma w nich miejsca dla słabości. W. Putin tymczasem w kryzysie ukraińskim wielokrotnie pokazał żenującą wręcz słabość i nieporadność, by nie powiedzieć tchórzostwo. Jego bezczynność wobec masakrowania rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy przypomina bezczynność dorosłego mężczyzny, któremu na jego oczach nastoletni wyrostek gwałciłby żonę grożąc jednocześnie „tylko nie próbuj mi przeszkadzać, bo oberwiesz!”, ten zaś przyglądałby się jedynie całej scenie ze łzami w oczach i wołał co pewien czas w różne strony „pomóżcie! powstrzymajcie go! proooszę...!”, zarazem zaś do nastoletniego bandyty zwracał się z apelami w rodzaju „tylko nie bądź zbyt brutalny i nie zabieraj jej kart kredytowych ani tych nowych butów”. W. Putin to nawet nie mężczyzna. To przywódca słaby i kunktatorski, cofający się przed decyzją polityczną. Jest kombinatorem starającym się zarobić kilka rubli za gaz na ludzkiej tragedii swoich rodaków. Nie budzi uznania ani nawet niechęci, tylko pogardę. Strojenie gniewnych min i pozowanie do zdjęć z odsłoniętym torsem nic tu nie zmienią. Nadeszła chwila sprawdzenia kart i pod imponująco wyglądającym imperialnym płaszczem król okazał się być nagi.

Nadwątlona wiarygodność mocarstwa

Wnioskiem płynącym z tych spostrzeżeń jest bankructwo geopolitycznej orientacji na Rosję. Skoro putinowska Rosja nie broni własnych rodaków masakrowanych w leżącym po sąsiedzku i rozpadającym się państwie, mając za przeciwników naprędce uzbrojonych ulicznych meneli i stadionowych chuliganów, to tym bardziej nie zaangażowałaby się w konflikt po stronie odleglejszego terytorialnie sojusznika. Wschodnia Ukraina to w zasadzie Rosja, a pomimo tego W. Putin pozostawił ją własnemu losowi. Gdyby zatem zagrożona była Białoruś, Kazachstan lub jakiekolwiek inne państwo sojusznicze Rosji w Eurazji, Moskwa tym bardziej pozostałaby bierna.

Nie wspominając już o dalej położonych sojusznikach Rosji jak Syria, Libia czy Serbia. W tego rodzaju przypadkach państw położonych poza eurazjatycką przestrzenią geopolityczną Kreml nie ma nie tylko woli, ale także możliwości by skutecznie zapobiec zachodniej agresji. Widoczne to było podczas rozbijania Jugosławii poprzez wzniecane z poparciem Zachodu nacjonalistyczne rebelie Chorwatów i następnie Albańczyków. Syria uniknęła podobnego Jugosławii losu tylko dzięki słabości i nieudolności amerykańskiego prezydenta Obamy, nie zaś dzięki wsparciu Rosji, ograniczonemu przecież obiektywnym brakiem możliwości efektywnej projekcji przez nią siły we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego.

W. Putin zrozumiał osłabienie Rosji i na początku lat 2000' przedefiniował jej tożsamość międzynarodową jako mocarstwa regionalnego, porzucając utopijne rojenia Borysa Jelcyna i Andrieja Kozyriewa o globalnym partnerstwie z USA które przynosiły Moskwie jedynie kolejne upokorzenia. Rosja zaniechała zatem zimnowojennego wsparcia dla Korei Ludowo-Demokratycznej, dla walki narodowowyzwoleńczej Palestyńczyków, dla Kuby i dla innych swoich tradycyjnych sojuszników.

Decyzja ta była słuszna, bo zgodna z realistyczną oceną możliwości Rosji. Wzmacniała jej siły, konsolidując je na obszarze, na którym Rosja posiada możliwości efektywnej ich projekcji i gdzie ogniskują się jej egzystencjalne interesy. Warunkiem jednak dla którego ograniczenie zainteresowań Rosji do obszaru eurazjatyckiego zasługiwać by mogło na poparcie, jest skoncentrowanie sił Moskwy na kluczowych dla niej obszarach, nie zaś zupełne zaniechanie aktywności międzynarodowej. Dotychczas wydawało się, że polityka W. Putina zmierza właśnie do koncentracji sił na kluczowych z punktu widzenia rosyjskiej racji stanu regionach, tak więc że opowiada wymogom realizmu, zakreślając zasięg polityki zagranicznej stosownie do interesów i możliwości państwa rosyjskiego. Obecnie jednak polityka Kremla stała się bezradna wobec kluczowego dla Rosji i pozostającego jak najbardziej w jej zasięgu kraju.

„Dżucze” dla krajów Eurazji?

Z punktu widzenia innych niż Rosja państw położonych w regionie eurazjatyckim lub w obszarze wpływów byłego ZSRR, sensowniejsza zatem od orientacji na Rosję wydaje się polityka izolacji i budowania własnego potencjału. Gdy Rosja przestaje być gwarantem bezpieczeństwa regionalnego, a kryzys ukraiński zdecydowanie falsyfikuje ją w tej roli, państwa mniejsze, zamiast polegać w swojej polityce bezpieczeństwa na pomocy Rosji, powinny zacząć polegać na sobie. Turkmenistan i KRLD obrały, jak się okazuje, pewniejszą strategię niż choćby bliższa nam geograficznie i kulturowo Białoruś. Gdy mocarstwo pełniące dotychczas rolę przeciwwagi dla USA traci tą rangę, mniejszym państwom pozostaje zwrócić się ku polityce izolacji i samowystarczalności. Szczególnie zagrożona przez blok zachodni Białoruś powinna uważnie studiować przypadki turkmeński i północnokoreański, strzegąc się przed nadmiernym uzależnieniem i zawisłością od Rosji.

Rosja nas nie uratuje

Kryzys ukraiński rodzi wnioski także dla nas – Polaków. Rosja bezsilna wobec etnocydu swoich rodaków na Ukrainie tym bardziej nie może być wiarygodnym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju. Podnoszone tu i ówdzie postulaty, by Polska związała się antyzachodnim sojuszem z Rosją, są dziś nawoływaniem do geopolitycznego samobójstwa. Sojusz taki zapewne skonsolidowałby Zachód, a więc także Niemcy, wokół wrogości wobec tego rodzaju panslawistycznej osi. Na Zachodzie legitymizację mogłyby wówczas zyskać ponownie niemieckie pretensje terytorialne wobec Polski. W świetle wydarzeń z Jugosławii lat 1990' (a od tego czasu również w wielu innych krajach spoza Europy – od Libii po Syrię), scenariusz z niemieckimi „zielonymi ludzikami” w mundurach jakiegoś rodzaju „Śląskiej Samoobrony” rozniecającymi w tym regionie antypolską irredentę nie jest znowu tak abstrakcyjny. Czy Rosja stanęłaby wówczas w obronie swojego ewentualnego polskiego sojusznika i interweniowałaby w naszym kraju w obronie jego terytorialnej spoistości? Bezczynność Kremla wobec prześladowań rosyjskojęzycznej ludności wschodniej Ukrainy czyni to mało prawdopodobnym, położenie zaś Polski w strefie gdzie – w przeciwieństwie do Ukrainy – możliwa jest efektywna projekcja siły przez Zachód, czyni to wręcz niemożliwym. Orientacja prorosyjska po Odessie, Mariupolu i Ługańsku, z czysto realistycznego punktu widzenia, nie ma zatem sensu.

Rosja, Putin i kwestia polska

Czy zatem powinniśmy popierać lub domagać się obalenia W. Putina, tak jak po ucieczce Janukowycza dawały się słyszeć głosy, że Rosja powinna wydać go banderowcom, by ukarać jego tchórzostwo i zdradę? – Niekoniecznie. W. Putin to przywódca słaby i miękki, przypomina pozerskiego nastolatka-dresiarza z podstawówki, grożącego i zastraszającego wszystkich wokół, ale dającego się łatwo pobić byle słabeuszowi, gdy tylko ów odważy mu się stawić czoło. Jest to jednak w dzisiejszej Rosji jedyny polityk mający dostęp do rzeczywistej władzy, zarazem zaś którego działania są względnie korzystne z punktu widzenia opcji tradycjonalistycznej, tożsamościowej i paneuropejskiej.

W. Putin ograniczył panoszenie się w Rosji małpujących Zachód homoseksualistów, podjął szereg konserwatywnych inicjatyw w polityce wewnętrznej, dokonał częściowej renacjonalizacji sprywatyzowanego przez Jegora Gajdara i Anatolija Czubajsa majątku narodowego, zapewnił terminowe wypłacanie pensji i emerytur, zlikwidował separatyzm czeczeński i ograniczył w Rosji bandytyzm, przede wszystkim zaś – przywrócił Rosjanom poczucie własnej godności. Czy po Ukrainie znów im go nie odebrał, na to Rosjanie muszą już sobie odpowiedzieć sami.

W każdym razie, sprawa stosunku do W. Putina jest wewnętrznym problemem Rosjan, my zaś – z polskiej perspektywy, powinniśmy wspierać go w jego patriotycznych i konserwatywnych inicjatywach, zachowując jednak zdolność do konstruktywnej krytyki. Nie powinniśmy stawiać radykalnych postulatów, bo przykład nieszczęsnego Eduarda Limonowa, który z pozycji eurazjatyckich i faszystowskich wspiera demoliberalną i prozachodnią opozycję tylko dlatego, że łączy go z jej przywódcami niechęć do W. Putina, powinien być dla nas pouczającym memento. Sprawa Eurazji nie jest bezpośrednio naszym problemem a kwestia tego kto rządzi w Rosji, tym bardziej nie powinna nas bezpośrednio interesować. To problem Rosjan i niech oni sami go rozstrzygną. My obserwujmy i wyciągajmy wnioski.

Fot. riowang.blogspot.com

Pierwotna wersja tekstu została opublikowana na konserwatyzm.pl

Czytany 4098 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04