środa, 06 maj 2015 07:30

Konrad Rękas: Najważniejsze dla Polaków wybory w 2015 roku

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Konrad Rękas

Zjednoczone Królestwo jest drugim (po Niemczech) skupiskiem Polaków na zachodzie Europy, a biorąc pod uwagę utrzymywanie związków z ojczyzną i aktywność imigrantów – być może nawet pierwszym. Dlatego też wybory i głosowania w żadnym innym chyba kraju zamieszkania Polonii nie budzą tyle emocji i zainteresowania innego, niż tylko hobbystyczne. Oczywiście, w przypadku naszych rodaków najważniejszym pytaniem związanym z każdą niemal elekcją jest: czy nie trzeba będzie wracać? Dla Polski jednak tegoroczne wybory w UK (podobnie jak i zeszłoroczne, niestety nieudane referendum niepodległościowe w Szkocji) mają znaczenie jeszcze poważniejsze. Potencjalnie jeszcze większe – niż chodzenie do urn w Starym Kraju.

Alienacja i asymilacja – dwie drogi donikąd

Jako naród imigrantów nie przykładamy należytej wagi do możliwości wpływania na politykę państw-gospodarzy. To truizm, typowy dla co najmniej 200 lat naszego wychodźstwa. Niegdyś dzieliło się ono na nieasymilujące się, a więc niezainteresowane lokalną polityką, niekiedy poza kwestiami stosunku do Polski, lub przeciwnie, szybko i niemal bez śladu wtapiające się w miejscowe społeczności, bez zachowania więzi między sobą, czy związków ze Starym Krajem. Zarobkowa emigracja końcówki PRL również nie odbiegała od tej dychotomii, przy czym proporcje przesunęły się na korzyść tej drugiej postawy. Jako ciekawostkę można tylko odnotować, że przeważnie polscy (czy z czasem już post-polscy) imigranci nawet jeśli głosowali – to starali się wspierać formacje... antyimigranckie, w rozumieniu zachodnim, a więc przeciwne muzułmańskiej rekonkwiście we Francji, zaś np. w RPA – antydesegregacjonistyczne. Z politycznego punktu widzenia nadal jednak niewiele z tego dla Polski wynikało.

Ostatnia dekada przyniosła zmianę ilościową – nawet przyjmując dane oficjalne, a więc ok. 1,8 mln opuszczających Polskę (nie mówiąc o pojawiających się szacunkach 3-milionowych) widzimy odpływ grupy najaktywniejszej zawodowo, zainteresowanej zmianami warunków życia, która jednak zamiast zmieniać własne państwo – postanowiła zmienić miejsce zamieszkania. Pytanie, czy przeważnie nieuczestnicząc w wyborach III RP, a przeważnie także licząc na pozostanie w krajach aktualnego pobytu ludzie ci zainteresują się miejscową polityką, jako dającą nieco chociaż większe poczucie wpływu, niż zabawy partyjne w Starym Kraju?

Podeptane osty

Kwestia ta okazała się aktualna podczas referendum niepodległościowego w Szkocji. Do spisów wyborczych dopisało się wówczas 33 tys. spośród 60–80 tys. mieszkających tam Polaków. W głosowaniu wzięło udział ok. 18 tys., w przeważającej większości głosują na „NIE”. Jak na standardy polskie – to dużo, a ponadto polscy wyborcy udowodnili, że (podobnie jak w Starym Kraju...) można ich niezwykle łatwo wpuścić w maliny, a więc stanowią idealne mięso dla partii politycznych. Przed wrześniem 2014 r. Polakom wmówiono niemal wszystko: że od razu wyrzucą ich z Wysp, że stracą pracę, że funt szkocki przestanie być wymienialny, a Republika Szkocka natychmiast opuści UE. Słowem, wywołano panikę, która obudziła nawet tak niechętnych aktom wyborczym naszych rodaków, którzy przecież wyjechali z Polski w głębokim przekonaniu, że „wybory niczego zmienić nie mogą”. Niepodległościowcy szkoccy zdecydowanie za późno zorientowali się, że mogą i powinni oddziaływać także na wyborców przybyłych z Polski, do których mogli wszak przemówić w równie prosty sposób: podkreślając, że imigranci w Szkocji są właśnie beneficjentami istniejącego tu systemu opiekuńczego, stworzonego przez mariaż separatyzmu z socjaldemokracją; że właśnie Szkocja stanowi ostoję prounijności na Wyspach; że wreszcie pozostaje (paradoksalnie) potencjalnie najbogatszą częścią UK, a więc pragnący tam zostać – tym mocniej winni wspierać dążenia niepodległościowe gospodarzy.

Dlaczego tak potrzebna jest niepodległa Szkocja

Niestety, jak wiemy tak się jednak nie stało. Niestety także z punktu widzenia Starego Kraju. Oddzielenie Szkocji osłabiłoby wszak obóz probrukselski w ramach Zjednoczonego Królestwa, którego angielsko-walijska część tym łatwiej może osłabiłaby więzi z UE. Socjal-pacyfistyczna, niepodległa Szkocja byłaby też ciosem w najwierniejszego europejskiego sojusznika USA, czymś w rodzaju oderwania rufy od lądowego lotniskowca USS „Wielka Brytania”. Referendum zostało przegrane, ale w oczekiwaniu na następne separatyści nie tracą energii. SNP jest już trzecią co do wielkości partią na Wyspą, pojawiają się też pomysły innych głosowań, oględnie kończących związek z Londynem, w rodzaju detronizacji Elżbiety II jako królowej Szkotów. Tym razem niepodległościowi stratedzy – jak przynajmniej sami twierdzą – nie tyle nie zlekceważą głosów polskich, co uchronią miejscowych Polaków przed ponownym oszustwem.

A sytuacja może ulec dynamizacji już po wyborach do Izby Gmin. Przeprowadzone przed świętami sondaże wskazują, że konserwatyści i Partia Pracy idą łeb w łeb, przy czym jednak koalicja Davida Camerona i Nicka Clegga (wsparta przez ulsterskich unionistów) może nie mieć większości. To zaś otwierałoby szansę... no właśnie, na co? Alternatywą byłby bowiem gabinet laburzystowsko-liberalny, który dla istnienia potrzebowałby głosów szkockich i walijskich separatystów. Oczywiście, system – jak wiadomo – umie się bronić i nawet w ustabilizowanej brytyjskiej demokracji parlamentarnej może zdarzyć się coś, co „obroni stabilność państwa” i ustrzeże establishment od niespodzianek. Sondaże jednak, nawet jeśli w mniejszym stopniu niż w Polsce kreują rzeczywistość, a w większym oddają pewne realnie istniejące tendencje – tym bardziej pokazują pewien świadomościowy kryzys, w pewnym stopniu dotykający brytyjską politykę.

Po co komu imigranci?

Jeśli nawet mniejsze formacje nie odniosą tak zasadniczego sukcesu w nadchodzących wyborach, zastanawiając się nad specyfiką brytyjskiej sceny politycznej, głównie z punktu widzenia tamtejszych Polaków – warto skądinąd zauważyć różnicę między tym, co rozumie się pod pojęciem „partia narodowa” i jaki jest kontekst polityczny funkcjonowania takich ugrupowań w Szkocji i Anglii. O ile Brytyjska Partia Narodowa w swej retoryce antyimigranckiej nie robi większych wyjątków dla Polaków, o tyle stateczna ostatnio szkocka niepodległościowa socjaldemokracja stroni od tego typu idiosynkrazji. BPN reprezentuje bowiem głównie najsilniej wykluczonych, doły, które pozostają zainteresowane rywalizowaniem o najlichszą nawet posadę z imigrantami. SNP zaś – to obecnie formacja klasy średniej i aspirującej do średniej, dla której polski imigrant jest korzystnym odciążeniem, w dodatku niesprawiającym islamskiego zagrożenia, jakie dotknęło już południe Wysp. Nadto, także w kontekście aspiracji niepodległościowych – zmieniło się nastawienie do samej imigracji. O ile kiedyś przyjmowano ją niechętnie, potem – życzliwiej, ale z nastawieniem „no dobra, zarobiłeś – i do domu!”, o tyle teraz żywotniejsze staje się oczekiwanie „trudno, to zostań i pracuj na moją emeryturę... Tylko nie wysyłaj pieniędzy do domu!”

Polacy przybywając do Wielkiej Brytanii (a także innych krajów unijnych) są ofiarami wbitego nam przekonania, że albo zrobiono nam łaskę przyjmując do Wspólnot, albo też ktoś nam „płaci rachunek za Jałtę”. Ten drugi pogląd pomińmy jako z gruntu idiotyczny – pierwszy zaś falsyfikuje w oczach imigrantów obserwowana przez nich rzeczywistość. Dla coraz większej ilości uszu jak banał brzmi stwierdzenie, że Polska została przyjęta do struktur zachodnich – bo to się Zachodowi, a nie Polsce opłacało. Najpierw jako rynek zbytu (za słaby, w związku z polityką gospodarczą ekip rządzących III RP), następnie źródło upłynniania nadwyżek finansowych, a obecnie jako źródło siły roboczej – ale bynajmniej nie nad Wisłą, a właśnie w starzejących się, słabnących, usługowych gospodarkach Zachodu – po to była i jest Polska globalnym decydentom. Skoro zaś ta świadomość się upowszechnia – to z czasem może i przyjdzie wreszcie konstatacja, że to nie my powinniśmy byli o wstąpienie, a następnie trwanie w UE zabiegać. Ponadto zaś – że trwanie Wspólnoty, zwłaszcza w niezmienionym kształcie, nie ma większego związku np. z utrzymywaniem wspólnego rynku pracy i swobody poruszania. Relatywnie wciąż wysokie poparcie Polaków dla UE wynika wszak z wbitego nam przekonania „Polska w Unii = mogę jechać do roboty do UK”. Kiedy nasi zrozumieją, że te dwie kwestie nie mają ze sobą większego związku – wówczas faktycznie ich rola polityczna za granicą może zaistnieć.

SNP i UKIP ważniejsze niż PiS i PO

Ewentualna dekompozycja utrwalonego scenariusza budowy rządu brytyjskiego, podobnie jak i ewentualne słabe zwycięstwo konserwatystów, w połączeniu z traktowanym deklaratywnie wynikiem UKIP mogą mieć zasadniczy wpływ na przyszłość struktur zachodnich, a co za tym idzie, pośrednio także na pozycję geopolityczną Polski.

Paradoksalnie, z punktu widzenia Polaków mieszkających na Wyspach – kluczowy będzie wynik SNP w Szkocji (po skonsumowaniu laburzystów mającej szansę na wypchnięcie stąd także liberalnych demokratów, a więc praktycznie sparaliżowanie układów koalicyjnych w Izbie Gmin) oraz UKIP na południu, blokującej szanse konserwatystów i wymuszającej dotrzymanie deklaracji o przeprowadzeniu referendum debrukselizacyjnego. W tym drugim przypadku paradoks polega zaś na tym, że właśnie osłabienie więzi Wielkiej Brytanii z UE (nie mówiąc nawet o wyjściu ze Wspólnoty) zamiast osłabić pozycję Polaków na Wyspach, tylko ją wzmocni. Oderwie bowiem kwestię ich zamieszkania i pracy od ogółu zagadnień brukselskich, a uczyni kwestią wewnętrznej polityki gospodarczej oraz co najwyżej relacji międzypaństwowych. Jeśli zaś ruszą procesy politycznego dojrzewania polskich imigrantów (no i jeśli wraz z osłabieniem UE osłabnie też potworek III RP) – to wówczas świadoma mniejszość polska będzie miała do odegrania doniosłą rolę także, a może przede wszystkim we własnym, dobrze pojmowanym interesie!

Fot. www.parliament.uk

Czytany 3029 razy