×

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 396

środa, 19 maj 2010 06:27

Jan Wołowski: Kirgiskie Deja-Vu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
altalt


Jan Wołowski 5 lat po tulipanowej rewolucji prezydent Bakijew podzielił los poprzednika. Analizując ostatnie wydarzenia w Biszkeku odnosi się wrażenie, że w Kirgistanie cofnął się czas. Wprawdzie Kirgiz zszedł z konia, ale mentalność stepowego wojownika pozostała.
Wyniesiony do władzy w wyniku rewolucji w 2005 roku prezydent Kurmanbek Bakijew został zmieciony z kirgiskiej sceny politycznej niczym jego poprzednik Askar Akajew. Co takiego zdarzyło się przez te 5 lat, że bohater ulicznych protestów tulipanowej rewolucji został okrzyknięty jeszcze gorszym tyranem niż jego poprzednik? Kto i jaki wpływ miał na ostatnie wydarzenia? W czyim interesie leżała zmiana na szczytach władzy w Biszkeku?

Kirgistan jest jednym z najbiedniejszych państw regionu, gospodarczo całkowicie zależnym od sytuacji ekonomicznej w Rosji.

Skalę tego uzależnienia obrazuje fakt, iż niemal 1/3 PNB Kirgistanu to ruble zarobione przez Kirgizów pracujących w Rosji. Moskwa jest również głównym dostawcą ropy i gazu, co powoduje, że polityka surowcowa jest dla Kremla istotnym narzędziem nacisku politycznego wobec Biszkeku.

Tak jak szczyty Tien Szan dzielą krajobraz Kirgistanu, tak niezliczone podziały kształtują kirgiskie społeczeństwo. Główna oś podziału przebiega między bogatą północą, a biednym i bardziej zaludnionym południem. Istotne znaczenie mają także podziały etniczne. W ponad 5 mln społeczeństwie Kirgizi stanowią zaledwie ok. 3 mln. Najliczniejszą i bardzo wpływową mniejszością są Uzbecy (650 tys.). Reszta przypada na ponad 150 innych narodowości i grup etnicznych, w tym ok. 500 tys. Rosjan. Kraj jest ponadto podzielony pomiędzy wpływowe klany i rody, które od zawsze walczą o jak największy kawałek „państwowego tortu”. W czasach sowieckich przewagę we władzach centralnych w Biszkeku miało południe. Z kolei Askar Akajew był przedstawicielem stronnictw północnych. Południe powróciło do władzy wraz z Kurmanbekiem Bakijewem. Nowa premier Roza Otunbajewa jest w takim ujęciu również przedstawicielką południa, ale co równie ważne, jest Uzbeczką.

Ostatnie lata upłynęły na umacnianiu autorytarnej pozycji prezydenta Bakijewa. Najważniejsze instytucje rządowe zostały podporządkowane bezpośrednio głowie państwa. Na ich czele stanęli zaufani ludzie prezydenta jak i członkowie jego rodziny. Kontrolę nad resortami siłowymi sprawował brat prezydenta Żanysz Bakijew, a gospodarka i finanse państwa przeszły pod kontrolę Centralnej Agencji ds. Rozwoju, Inwestycji i Innowacji (CARII) z synem prezydenta Maksymem Bakijewem na czele. Opozycja była prześladowana. Zamykano nieprzychylne władzy dzienniki, walczono z niezależnymi dziennikarzami i organizacjami pozarządowymi. Symbolem brutalności reżimu stało się zabójstwo znanego dziennikarza Giennadija Pawluka w grudniu 2009. Ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne okazały się farsą. W lipcu ubiegłego roku Kurmanbek Bakijew był jedynym kandydatem na urząd prezydenta. W wyniku ostatnich wyborów parlamentarnych prezydencka partia Ak Jol zajęła wszystkie 90 miejsc w jednoizbowym parlamencie. Nie trzeba dodawać, że OBWE bardzo mocno skrytykowała reżim za łamanie demokratycznych procedur. Sam Bakijew w trakcie marcowego przemówienia z okazji 5 rocznicy tulipanowej rewolucji stwierdził, że demokracja oparta na zachodnim systemie praw człowieka nie jest odpowiednią formą rządów dla kirgiskiego społeczeństwa. Jakkolwiek obrazoburczo i politycznie niepoprawnie brzmią te słowa w uszach człowieka Zachodu, trudno wymagać, aby kraj pozbawiony jakichkolwiek tradycji demokratycznych był w stanie w tak krótkim czasie jaki minął od upadku ZSRR zmienić mentalność społeczeństwa i zbudować stabilne struktury demokracji.

Główną przyczyną rosnącego w kraju napięcia była ciężka sytuacja gospodarcza. Kirgistan mocno odczuł globalny kryzys, spotęgowany przez korupcję i nepotyzm trawiące gospodarkę kraju. Jeśli dodamy do tego wspomnianą już brutalność reżimu, nie powinno dziwić, że opozycja zaczęła szybko rosnąć w siłę.

Iskrą, która spowodowała wybuch niezadowolenia i w konsekwencji wyprowadziła ludzi na ulice były drastyczne podwyżki, wynikające m.in. z polityki Moskwy (od 1 kwietnia obowiązują „urynkowione” ceny surowców energetycznych eksportowanych do Kirgistanu). Tak nieprzychylne postępowanie Rosjan przypisuje się samemu Bakijewowi i jego posunięciom na arenie międzynarodowej. W zeszłym roku prezydent wynegocjował na Kremlu 2 mld USD pomocy finansowej. Tajemnicą Poliszynela był fakt, iż rosyjska pomoc była uwarunkowana wypowiedzeniem przez kirgiski rząd umowy na funkcjonowanie amerykańskiej bazy w Manas (od 2001 roku używana jako kluczowe zaplecze logistyczne dla operacji afgańskiej). Prezydent Kirgistanu przystał na te warunki, a wkrótce potem parlament przegłosował stosowną uchwałę.

Amerykanie nie mogli pozwolić sobie na utratę strategicznie kluczowego obiektu. Dyplomacja zadziałała szybko i wkrótce osiągnięto nowe porozumienie. Waszyngton zgodził się płacić 60 mln USD miesięcznie (zamiast dotychczasowych 17,5 mln USD) za dzierżawę bazy, ponadto wziął na siebie odpowiedzialność za modernizację lotniska w Manas.

W ten sposób prezydent Bakijew zagrał na dwa fronty biorąc pieniądze zarówno od Rosjan jak i Amerykanów. O ile dla Stanów Zjednoczonych nie jest istotne kto rządzi w Biszkeku tak długo, jak długo honoruje porozumienie dotyczące bazy w Manas, o tyle Rosjanie poczuli się oszukani, jeśli nie wręcz zdradzeni postępowaniem Bakijewa. Stąd pojawiające się głosy, że to właśnie Kreml, nawet jeśli tylko pośrednio, stał za kwietniową rewolucją.

Kirgistan znalazł się obecnie w dokładnie takiej samej sytuacji jak 5 lat temu. Już wówczas mówiło się, że tulipanowa rewolucja była bardziej zamachem stanu niż rewolucją przeprowadzoną w duchu demokratyzacji systemu politycznego. Wyniosła do władzy ludzi, którzy byli już najczęściej związani z polityką od lat 90. Podobnie dzisiejsze nowe władze to po prostu inna część elity politycznej. Sprawująca obecnie funkcje prezydenta i premiera Roza Otunbajewa i większość opozycyjnych liderów zajmowała już stanowiska rządowe bądź parlamentarne. Przypomina to trochę przypadek Ukrainy, gdzie obóz „pomarańczowych”, przyozdobiony w europejsko-demokratyczne szaty okazał się niewiele lepszy od prorosyjskich i oskarżanych o autorytaryzm „niebieskich”.

Przed nowymi władzami w Biszkeku stoją wyzwania z którymi muszą się one szybko uporać, aby przywrócić porządek i stabilność państwa. Obecnie rząd łączy w sobie prerogatywy władzy wykonawczej i ustawodawczej. Kluczowe dla wizerunku nowych władz będzie przeprowadzenie demokratycznych wyborów parlamentarnych zapowiedzianych na jesień. Roza Otunbajewa, będąca w tej chwili najbardziej wpływową osobą w państwie, wydaje się być główną kandydatką na fotel prezydenta. Rząd musi jednocześnie przyjąć projekt nowej konstytucji, która zapewni poszanowanie dla zasad demokratycznego państwa prawnego.

Osobną kwestią pozostaje los byłego prezydenta Kurmanbeka Bakijewa, który udał się do Kazachstanu, skąd przesłał na ręce rządu swoją rezygnację z urzędu. Roza Otynbajewa zapowiedziała, że będzie dążyć do tego, aby przedstawiciele obalonego reżimu stanęli przed sądem i ponieśli karę za śmierć prawie 100 osób w trakcie starć opozycji z siłami bezpieczeństwa. W przypadku prezydenta Bakijewa może okazać się to niemożliwe jeśli Rosjanie udzielą mu azylu (prezydent Dmitrij Miedwiediew przyznał, że to Moskwa umożliwiła Bakijewowi wyjazd z kraju). Ostatnie doniesienia potwierdzające, że obalony prezydent przebywa w Mińsku na Białorusi karzą sądzić, iż nie zawita on szybko do ojczyzny.

Jeśli spojrzeć na ostatnie wydarzenia w Kirgistanie z perspektywy międzynarodowej wydaje się, że udało się zachować obowiązujące status quo. Rosja udowodniła Stanom Zjednoczonym, że jest nadal kluczowym graczem na obszarze byłego ZSRR i nie da się jej pominąć przy kształtowaniu stosunków politycznych w regionie. Z kolei USA zadowoliły się zapewnieniami nowego rządu, że będą one honorować zawarte porozumienia, a baza w Manas będzie funkcjonować bez zmian. Wszystkim mocarstwom mającym największe wpływy w Azji Centralnej (USA, Rosja, Chiny) zależy przede wszystkim na stabilności miejscowych rządów. Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan są kluczowymi członkami koalicji antyterrorystycznej, otaczając od północy rejony największych walk w Afganistanie i Pakistanie. Analitycy ostrzegają, że wypychani stamtąd przez siły koalicji bojownicy islamscy mogą rozlać się po całej Azji Środkowej, co wobec słabości militarnej miejscowych rządów wiązałoby się z potrzebą nowego wojskowego zaangażowania sił międzynarodowych.

Zatem największym wygranym kwietniowej rewolucji okazuje się Rosja. Udowodniła ona, że bez jej pomocy reżimy Azji Centralnej mogą rozsypać się niczym domek z kart. Amerykanie muszą pogodzić się z faktem, że będzie im trudniej poszerzać swoje wpływy w regionie, gdyż każdy rząd zastanowi się dwa razy zanim zdecyduje się na współpracę z USA, narażając się tym samym na nieprzychylność Moskwy.
Czytany 5252 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04