poniedziałek, 22 luty 2016 07:19

Francesco Manta: Ukraina – nieudany eksperyment Zachodu

Oceń ten artykuł
(21 głosów)

Francesco Manta

Minęły dwa lata od Rewolucji Godności na Majdanie w Kijowie, a sytuacja na Ukrainie jest obecnie jeszcze gorsza niż wówczas. Choć zapowiadano reformy, nigdy nie zostały one wdrożone, kleptokracja oligarchów i korupcja mają się dobrze, pozwalając na utrzymanie się marionetkowego rządu, który jedynie czeka na decyzje „z góry”, by zakończyć swoją pełną rozczarowań kadencję. Nie jest przesadą stwierdzenie, że Ukraina była nieudanym eksperymentem zachodniej demokracji, prawdopodobnie przeprowadzonym z jeszcze większą nieudolnością niż partacka robota na Bliskim Wschodzie.

Ktokolwiek po zajściach na Majdanie ze stycznia 2014 r. uwierzył w ukraińską patriotyczną Rewolucję Godności, oczyszczenie krajowej polityki z szerzącej się rządowej korupcji, nieprzerwanie panującej w kraju po uzyskaniu niepodległości w 1991 roku, powinien był raczej zaufać tym, którzy, zwietrzywszy pismo nosem, pozostali niewzruszeni i, nie mając żadnych złudzeń, nie uwierzyli w powodzenie tego co najmniej niefortunnego projektu politycznego. 16 lutego, po złożeniu w Radzie Najwyższej raportu z działalności rządu, który nie został przez nią zatwierdzony, deputowani, a ściślej członkowie Bloku Petra Poroszenki, zadecydowali o złożeniu wniosku o wotum nieufności wobec premiera Arsenija Jaceniuka, dając tym samym wyraz definitywnemu rozłamowi politycznemu między dwoma zwycięzcami kijowskiej rewolucji.

W przemówieniu, które zostało wygłoszone przed głosowaniem, szef rządu starał się zwrócić szczególną uwagę na wytrwałość, dzięki której rząd kraju pogrążonego w kryzysie zdołał zachować jedność państwa – nawiązał przy tym ponownie do rzekomej rosyjskiej inwazji, mówiąc o „sąsiedzie na północnym wschodzie, który nieustannie dąży do rozpadu" Ukrainy. Słowa A. Jaceniuka, choć mało przekonujące, musiały odnieść upragniony – a jednocześnie nieoczekiwany – sukces, ponieważ wniosek został odrzucony w związku z tym, że nie przekroczono progu 226 głosów i, zyskując 194 głosów „za", powstrzymał marsz ku zmianie rządu. Ten specyficzny wynik jest efektem żałosnego spetaklu, jaki rozegrał się w Najwyższej Radzie przed ostatecznym głosowaniem: niektórzy członkowie partii tworzących koalicję rządzącą, przede wszystkim deputowani Samopomocy i Batkwiszczyny, wstali z miejsc i opuścili posiedzenie, odmawiając udziału w głosowaniu. Gest ten jest jednoznaczny: los Ukrainy nie znajduje się w rękach osób, które formalnie nią rządzą. Nikt, kto śledził posiedzenie parlamentu w telewizji czy Internecie, nie spodziewał się, że skazany na niepowodzenie rząd zdoła przetrwać: poparcie społeczne osiągnęło historyczne minimum, A. Jaceniuk i Petro Poroszenko uzyskali w sondażach odpowiednio niespełna 9% i 18% głosów. Mimo to obaj wciąż zajmują swoje stanowiska i, zgodnie z normami konstytucyjnymi, nie zmieni się to aż do lipca, ponieważ według przepisów głosowanie nad wotum nieufności dla rządu może mieć miejsce tylko raz na sesję – o ile wcześniej nie podadzą się oni do dymisji, co jest mało prawdopodobne.

Równowaga sił w Kijowie i okolicach opiera się na chwiejnym i kruchym systemie powiązań między oligarchami, którzy rzeczywiście sprawują tymczasową władzę w kraju: postaci o wątpliwej moralności, takie jak Rinat Achmetow, Igor Kołomojski czy Wiktor Pinczuk, kontrolując działania wielu deputowanych do parlamentu, są w stanie decydować o losach tego przegranego i skorumpowanego rządu. Opuszczenie sali obrad przez deputowanych, związanych z wyżej wymienionymi osobami, można rozumieć dwojako: potentaci ukraińskiej gospodarki nie są zainteresowani przeprowadzeniem nowych wyborów, a marionetka, która aktualnie stoi na czele rządu, nie stanowi dla nich przeszkody, póki nie szkodzi ich interesom; odrzucenie propozycji dotyczącej wotum nieufności dla premiera A. Jaceniuka, którą prezydent P. Poroszenko przedstawił z uwagi na istniejący między nimi konflikt interesów, a którą następnie poparł jego Blok, jest raczej dowodem na to, że notowania czekoladowego magnata z Bołgradu wciąż słabną, a kwestia odsunięcia go od władzy jest już najprawdopodobniej przesądzona.

Patrząc na ostatnie wydarzenia obiektywnie, można stwierdzić, iż są one przejawem upadku demokratycznego projektu lansowanego przez Zachód. Po herkulesowych wysiłkach, by obalić prorosyjski – choć skorumpowany (co jednak na Ukrainie jest na porządku dziennym) – rząd, po tym jak zrujnowano gospodarkę stopniowo rozwijającego się kraju, po trzykrotnym osłabieniu hrywny, rozpaleniu konfliktu skutkującego zniszczeniem całej wschodniej części kraju, obietnicach wdrożenia procesu otwarcia rynku europejskiego, który miał być jedynie przedsmakiem czegoś jeszcze wspanialszego, natrafiono na sprzeciw ze strony Holandii... Ukraina jest najbardziej rażącym – przynajmniej spośród krajów bliskich geograficznie – przykładem eksportu demokracji, który nie przyniósł nic poza gospodarczymi, politycznymi i społecznymi szkodami; gorszym nawet niż partacka robota na Środkowym Wschodzie, do tego stopnia, że sama Unia Europejska nie chce dziś wypuścić swoich produktów na ów potencjalny nowy rynek. Ukraina po prostu nikogo już nie obchodzi. W kontekście eurazjatyckiej geoekonomii i geopolityki omawiane wydarzenia oznaczają porażkę głównych zainteresowanych, tzn. Unii Europejskiej i jej sojuszników, którzy muszą ponieść polityczne i gospodarcze koszty owej odgórnie sterowanej partaniny, ponieważ nie tylko stworzyli ten niebezpieczny precedens, lecz pozostawili po sobie w „Przygranicznym Kraju" zatrważające status quo. Po dwóch latach od rewolucji na Majdanie jest ona kolejną klęską, której trzeba będzie się wstydzić.

Przekład: Martyna Pałys
Źródło: http://www.lintellettualedissidente.it/esteri-3/ucraina-lesperimento-fallito-delloccidente/
Fot. revel.in

Czytany 2966 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 22 luty 2016 06:06