wtorek, 16 grudzień 2014 05:13

Bartosz Bekier: O wspólny mianownik Europy Środkowej

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Bartosz Bekier

Znana jest opinia premiera Węgier Victora Orbana, który życzyłby sobie, aby Polska odgrywała wiodącą rolę w Europie Środkowej. Na przestrzeni historii, w tym także w relatywnie niedalekiej przeszłości, podobne poglądy wielokrotnie zdobywały popularność na Słowacji, a nawet w tradycyjnie sceptycznych wobec Polski Czechach. Obserwując poczynania plutokratycznych elit III RP, głęboko uzależnionych od zachodnich subwencji, fundacji i całej masy „organizacji pozarządowych” utrzymujących się głównie z eksterieru, można odnieść niepokojące wrażenie, że elity te robią dosłownie wszystko, by Polska nigdy nie stała się silnym i wpływowym graczem nawet w skali środkowoeuropejskiej.

Współpraca w ramach Grupy Wyszehradzkiej (V4) zawsze zajmowała ważne miejsce w corocznych exposé przygotowywanych przez polskie MSZ. Przykładowo, w roku 2012 przekonywano o „najlepszych w historii” relacjach w ramach Grupy, rok później optymistycznie oceniano V4 jako twardy i rosnący w siłę „sojusz negocjacyjny” oraz spełnione marzenie o „regionie zintegrowanym”, a w 2014 r. posunięto się do stwierdzenia, że Polska może liczyć na Czechy, Słowację i Węgry, ponieważ łączą nas wspólne cele polityczne, „także w zakresie polityki wschodniej”. Czy rzeczywiście tak jest?

Nawet pobieżny przegląd wydarzeń międzynarodowych mijającego roku każe przypuszczać, że to właśnie polityka wschodnia, jak żaden inny aspekt środkowoeuropejskiej współpracy, ukazała w całej rozciągłości problem izolacji i oderwania Warszawy od polityki prowadzonej przez Pragę, Bratysławę i Budapeszt. Trudno przecenić udział Zachodu, zwłaszcza zakulisowej gry dyplomatycznej i środków materialnych płynących z Waszyngtonu i Brukseli, w eskalacji krwawych wydarzeń na Ukrainie, których finałem stał się de facto upadek państwa ukraińskiego. Stworzony z udziałem cudzoziemców rząd w Kijowie po ponad pół roku wojny domowej nie kontroluje dużej części swojego terytorium, w tym nawet niektórych oddziałów walczących o jego integralność; stoi on na krawędzi bankructwa, oddając się całkowicie w ręce Międzynarodowego Funduszu Walutowego i powierzając resort finansów ściągniętej w pośpiechu obywatelce USA.

Genezę obecnej sytuacji, której źródeł należy szukać na „św. Euromajdanie” (beatyfikowanym w polskich mediach), przywództwo polityczne Czech, Słowacji i Węgier ocenia zupełnie inaczej, aniżeli polska klasa rządząca. W Polsce, zarówno dla „koalicji”, jak i „opozycji”, za wszelkie wytłumaczenie wystarczają dwa hasła: „Rosja” i „Putin”. Polityka wobec Ukrainy, czy w ogóle roli Europy Środkowo-Wschodniej, jest u nas pochodną stosunków z Rosją, które postrzegane są wyłącznie w neokonserwatywnych kategoriach konfrontacji. Znany jest w Polsce przykład węgierskiego przywództwa politycznego, które udowadniając niezależność i operatywność swojej polityki względem proatlantyckich schematów, dokonuje wyborów korzystnych z punktu widzenia swojego interesu narodowego, nie licząc się z poprawnością polityczną, np. przy podpisaniu węgiersko-rosyjskiego porozumienia w sprawie współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej ze stycznia br. Przyjrzyjmy się więc pokrótce, jak bardzo stanowisko Warszawy, dotyczące przyczyn kryzysu ukraińskiego i roli Europy Środkowej w strategii wobec Wschodu, różni się względem stanowisk rządowych i atmosfery politycznej u dwóch naszych południowych sąsiadów – na Słowacji i w Czechach – z którymi Polska, wraz z Węgrami, tworzy Grupę Wyszehradzką, gdzie jest obecnie izolowana i osamotniona – z uwagi na swoją bezkrytycznie „euroatlantycką” politykę.

Słowacja

Pozycje jednoznacznie niechętne polityce Zachodu wobec Rosji i Ukrainy zajęła Bratysława. Premier Słowacji i lider rządzącej od 2012 r. partii SMER Robert Fico wielokrotnie wypowiadał się przeciwko polityce wschodniej, prowadzonej przez Unię Europejską pod dyktando Waszyngtonu i jego satelitów. „Zarówno pierwsza, jak i druga runda sankcji nie zmieniły niczego w postępowaniu zainteresowanych stron. Sankcje szkodzą przede wszystkim Europie Środkowej” – przekonywał we wrześniu br. przed szczytem UE. Wyliczył przed opinią publiczną wysokość strat w milionach euro, jakie przyniosły słowackiej gospodarce sankcje, oraz obiecał koordynację swoich działań z czeskim premierem Bohuslavem Sobotką – równie sceptycznym wobec poświęcania interesów regionu dla nowych władz w Kijowie. Jego działania zyskały również oficjalną aprobatę w Budapeszcie.

R. Fico poinformował też o spodziewanych, w związku z sankcjami, stratach w rozlokowanym na Słowacji przemyśle motoryzacyjnym oraz generalnym spadku zatrudnienia. Premier i lider SMER ostrzegał: „Już teraz płynie do nas mniej gazu, Rosjanie grożą też zamknięciem przestrzeni powietrznej dla państw UE. A co jeśli zakażą importu samochodów? Dlaczego to my mamy ucierpieć na geopolitycznej wojnie Zachodu ze Wschodem?”. Rząd słowacki odmówił zastosowania sankcji wobec lokalnej filii rosyjskiego banku Sberbank, a także zaprotestował przeciwko unijnemu zaostrzeniu przepisów, dotyczących eksportu do Rosji towarów podwójnego zastosowania.

Podczas, gdy Polska domagała się zwiększenia obecności NATO, a stremowany premier Donald Tusk witał po angielsku grupkę amerykańskich żołnierzy, którzy właśnie przylecieli do Polski, R. Fico stanowczo odrzucił możliwość zainstalowania na Słowacji natowskich baz, nawet gdyby miało to oznaczać jego odejście z polityki. Międzynarodową i krajową dyskusję na temat stanowiska słowackiego rządu, oraz oświadczenia amerykańskiego prezydenta Baracka Obamy, który przekonywał o konieczności zwiększenia obecności USA w Europie Środkowej, R. Fico komentował słowami: „To, że jesteśmy w NATO, nie oznacza, że musimy mieć na swoim terytorium bazy z obcymi żołnierzami. Gdyby ktoś próbował nas do tego zmusić, zorganizowałbym referendum”. Z przeprowadzonych we wrześniu badań wynika, że aż 75% Słowaków kategorycznie nie wyraża zgody na zainstalowanie baz NATO w swoim kraju, zaś przeciwny pogląd wyraża zaledwie 12,5% ankietowanych.

W tym samym miesiącu, odnosząc się do generalnej sytuacji geopolitycznej w Europie, premier Słowacji w wypowiedzi dla dziennika „Nový Čas” stwierdził, że sankcje przeciwko Rosji przynoszą Europie Środkowej jedynie poważne szkody gospodarcze, zaś w sferze politycznej nie odnoszą żadnych rezultatów, przyczyniając się jedynie do zwiększania napięcia. Na zakończenie dodał: „Pytanie brzmi: czy to nie jest tak, że komuś zależy na zwiększaniu tego napięcia? Nie widzę świata w czarno-białych barwach”.

Czechy

Zajęcie Krymu przez Federację Rosyjską na przełomie lutego i marca 2014 r. spotkało się z negatywną reakcją czeskich elit. Znacznie częściej niż w Polsce podkreślano jednak „zrozumienie dla będących w większości, rosyjskojęzycznych obywateli Krymu, który w 1954 roku został przyłączony do Ukrainy za sprawą bezmyślnego dekretu Chruszczowa”, jak wyraził się Miloš Zeman, prezydent Republiki Czeskiej. Zamek na Hradczanach stał się wkrótce konsekwentnym ośrodkiem oporu wobec polityki USA i UE względem Rosji i Ukrainy. W okresie wielkiej dyskusji o możliwie skutecznym uderzeniu w Moskwę sankcjami gospodarczymi i restrykcjami dotyczącymi przepływu osób, prezydent M. Zeman wywołał prawdziwą konsternację i niedowierzanie na brukselskich i waszyngtońskich salonach, gdy ogłosił konieczność całkowitego zniesienia wiz dla Rosjan w związku ze spadkiem ruchu turystycznego w ČR. Czeska głowa państwa niechętnie przyglądała się próbom wplątania Europy Środkowej w antyrosyjską retorykę NATO i unijne plany nacisku gospodarczego. Czeski przywódca argumentował: „Mamy szansę polepszyć płaszczyznę naszej współpracy [z Rosją], nie mówić o sankcjach, o izolacji. Izolacja jeszcze nigdy nie wiodła do sukcesu, a jedynie do wzajemnych nieporozumień i dalszej nieufności”. Wtórował mu premier B. Sobotka, który również wyraził swój sprzeciw wobec planów zaostrzania sankcji przeciwko Rosji. Podczas odbywającego się w Brukseli sierpniowego szczytu UE B. Sobotka zastrzegł, iż Czechy nie dołączą do niekończącej się spirali posunięć odwetowych, które mogą godzić w interesy gospodarcze jego kraju.

Tymczasem na wrześniowym szczycie NATO w Walii prezydent M. Zeman uznał, że zaostrzenie sankcji może być potrzebne tylko wówczas, gdy Rosja dokona rzeczywistej inwazji na Ukrainę przy użyciu armii, na co nie ma dowodów. W reakcji na tę wypowiedź szwedzki minister spraw zagranicznych Carl Bildt rzucił gniewnie: „Nie wiem czy istnieje czeski wywiad, macie go? [Zeman] mógłby się go o to zapytać”. Prezydent Czech pośrednio ustosunkował się do tej wypowiedzi w rozmowie z byłym sekretarzem stanu USA Henrym Kissingerem i byłym szefem niemieckiego MSZ Hansem-Dietrichem Genscherem: „Nasze poglądy na Ukrainę da się streścić do jednego zdania – to co dzieje się na Ukrainie to wojna domowa. W Hiszpanii też była wojna domowa, z jednej strony interweniowali Rosjanie i Francuzi, a z drugiej Niemcy i Włosi. Nikt z tego powodu nie przekonuje, że to nie była wojna domowa, nikt nie twierdzi, że to była niemiecka, włoska, rosyjska lub francuska inwazja. Hiszpan walczył przeciwko Hiszpanowi, choć oczywiście z pomocą swoich sojuszników”. Prezydent M. Zeman ponownie skrytykował sensowność sankcji i wezwał Europę Środkową do oporu wobec „szkodliwej” polityki Brukseli i Waszyngtonu. W październiku do prezydenckiej i rządowej krytyki dołączył też czeski minister przemysłu Jan Mládek, który, komentując kolejny spadek czeskiego eksportu, tym razem o 6%, przekonywał: „Doświadczenie uczy nas, że Stany Zjednoczone wprowadzają sankcje, a następnie jako pierwsze je anulują, dzięki czemu amerykańskie firmy mają potem największe udziały w rynku. Nie chcemy, aby czeskie firmy padły ofiarą gier USA!”

Środkowoeuropejski region zintegrowany

W perspektywie czeskiej, słowackiej, a także węgierskiej polityki zagranicznej, buńczuczne majaki kolejnych polskich szefów dyplomacji o V4 jako „regionie zintegrowanym”, czy popierającym polską politykę wschodnią, należy włożyć między bajki. Jest dokładnie odwrotnie – pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej w niczym tak się nie zgadzają, jak w tym, że należy przeciwstawić się polityce Warszawy, pragnącej uczynić z Europy Środkowo-Wschodniej antyrosyjski bufor i kordon sanitarny NATO, marchię wschodnią Brukseli i Waszyngtonu zajmującą się eksportem „liberalnej demokratyzacji”, „zachodnich wartości” itd. Czesi, Słowacy i Węgrzy wolą eksportować na wschód swoje towary, z wyraźnym zyskiem dla swoich gospodarek, które w ostatnich latach z roku na rok zwiększały swoje obroty handlowe z Rosją, aż do gwałtownego załamania się tej tendencji w związku ze spiralą sankcji w 2014 r.

Ta pragmatyczna chęć zachowania neutralności w przypadku Czech, Słowacji i Węgier, których wzajemne relacje są obecnie najlepsze od dekad, może być uznawana za prawo małych państw do nieponoszenia kosztów w „wielkich sporach geopolitycznych”, jak określił to R. Fico. Neutralność narodów środkowoeuropejskich nie będzie jednak miała głębszego sensu, poza szlachetną próbą uchronienia własnych gospodarek i społeczeństw przed skutkami konfrontacji Wschód-Zachód, jeśli wśród państw neutralnych zabraknie Polski. O ile chowanie się w „szczelinach historii” jest bardziej roztropne, aniżeli odgrywanie roli pionka w obcej grze, pierwszego do poświęcenia i rozwalcowania, w czym specjalizują się ostatnio (?) Polacy, to rola Europy Środkowej powinna być znacznie bardziej doniosła, chociażby z racji jej strategicznego położenia.

Nie jest tajemnicą, że suma potencjałów małych i średnich państw środkowoeuropejskich nie stanie się nigdy trzecią siłą pomiędzy Wschodem a Zachodem, przeciwwagą dla obydwu tych potęg jednocześnie. Możliwe jest natomiast uczynienie tego regionu suwerennym obszarem, niezaangażowanym w krucjatę zachodniego liberalizmu na Wschód. Wyłączenie się z tej ryzykownej, nieopłacalnej i niezgodnej z duchem narodów środkowoeuropejskich gry, leży również w żywotnym interesie państw bałkańskich i bałtyckich. Pozbycie się ideologicznych, fanatycznych klisz demokracji liberalnej pozwoliłoby na rozszerzenie środkowoeuropejskiego porozumienia na osamotnioną w swojej neutralności Białoruś, a w przyszłości także na Ukrainę, dla której neutralność jest warunkiem sine qua non fizycznego przetrwania jako państwa. Tak jak w myśl założeń Planu Rapackiego z 1957 r. Europa Środkowa miała stać się przestrzenią wolną od broni jądrowej zimnowojennych mocarstw, tak środkowoeuropejski region zintegrowany powinien być wolny od NATO i baz amerykańskich, czy rosyjskich. Utworzona w ten sposób przestrzeń mogłaby zostać objęta nowym systemem bezpieczeństwa zbiorowego, opartym na odbudowie potencjału militarnego państw członkowskich, nie zaś na papierowych planach operacyjnej „pomocy z Zachodu”, ze smutną rolą Polski jako państwa buforowego, jak ma to miejsce obecnie.

Zerwanie z aksjologią liberalnego Zachodu na poziomie międzynarodowym przyniosłoby nie tylko następstwa geopolityczne, ale otworzyłoby cały wachlarz nowych możliwości w polityce wewnętrznej, z których należy wymienić m.in. rozbudowę narodowych środków produkcji, renacjonalizację strategicznych sektorów gospodarki, zachowanie suwerennej polityki monetarnej i ochronę rodzimego handlu przed rakową naroślą zwolnionych z podatku transnarodowych korporacji. Konsekwencje uczynienia z Europy Środkowej kolonii i buforu Zachodu, marchii wschodniej liberalizmu, możemy natomiast dobrze zaobserwować na przykładzie Ukrainy – państwa upadłego zarządzanego przez MFW i naturalizowaną w trybie przyspieszonym radę ministrów. Zainstalowanie na Ukrainie baz NATO, jak uczyniono to w Kosowie, a o co zabiegają m. in. polscy, neokonserwatywni lokaje Ameryki, przyczyniłoby się do eskalacji zagrożenia dla obszaru środkowoeuropejskiego do poziomu krytycznego. Polsce potrzebna jest nowa siła polityczna, szerokie porozumienie na rzecz zmian, by nigdy nie stało się to możliwe.

Fot. rebloggy.com

Czytany 4025 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 16 grudzień 2014 06:13