wtorek, 29 czerwiec 2010 09:05

Bartłomiej Królikowski: Świat według nowego wzorca. Implozja demograficzna oczami Georga Friedmana

Oceń ten artykuł
(1 głos)

alt Bartłomiej Królikowski

Demografia - według opinii amerykańskiego politologa - odegra dużo większą rolę w polityce światowej aniżeli dotychczas. Może wyłonić całkiem nowe mocarstwa, co dziś spotyka się z uśmiechem wielu komentatorów. Według tych prognoz, państwa zdecydować się mogą na wewnętrzne rozwiązania, które dziś wydają się nierealne, niewyobrażalne.  geopolityka

Publikacja szefa Stratforu – cenionego amerykańskiego think tanku – „The Next 100 Years. A Forecast for the 21st Century” („Następne 100 lat. Prognoza na wiek XXI wiek”) wywołała duże zainteresowanie. Nie mniejsze były także kontrowersje powstałe w odniesieniu do tez, które zostały w niej zawarte. Sam autor zdaje sobie sprawę, że niektóre spośród poglądów, które przedstawił, z dzisiejszej perspektywy mogą okazać się szokującymi. Powagi i realności tych ocen broni jednak sposób ich konstruowania: merytoryczny proces oparty na poważnych badaniach, statystykach, opiniach uznanych ośrodków badawczych.

Jedną z bardziej kontrowersyjnych tez wyrażonych w „100. następnych latach” jest ta, mówiąca o rychłym końcu ery eksplozji demograficznej i poważnych, a w wielu przypadkach zaskakujących tego konsekwencjach dla całego świata, a dla wielu państw w szczególności. To demografia może ugasić kilka ze znaczących dziś potęg, z drugiej zaś strony może doprowadzić do zajęcia ich miejsca przez inne i to takie, których dziś o to nikt niemal nie podejrzewa. Są to oczywiście tylko prognozy, z których tylko część może się sprawdzić. Niemniej jednak warto się nad nimi pochylić, gdyż pozwalają one odnieść się do zachodzących dziś procesów z większej perspektywy czasowej, która to może urealnić ocenę tychże procesów. Problematyka demografii takiego urealnienia potrzebuje, także w Polsce, gdzie często ją się bagatelizuje lub mitologizuje.

Teza o demograficznej implozji nie wydaje się tak kontrowersyjna jak można by przypuszczać na pierwszy rzut oka. Owszem, w dobie powszechnej obawy przed przeludnieniem, która w radykalniejszych kręgach przybiera postać zwyczajnej, pozbawionej merytorycznej argumentacji histerii, poglądy Friedmana wydają się mocno dyskusyjne. W opinii publicznej – jak się wydaje – dużo bardziej powszechny jest pogląd o rychłej katastrofie przeludnienia. Z pewnością nie małe znacznie mają tutaj owoce kultury masowej, mediów, które utrwaliły w świadomości społecznej obraz slumsów w Indiach czy Brazylii. Nikt rozsądny nie podważa istnienia takich miejsc. Wszelkie wiarygodne badania wskazują jednak, że owszem czeka nas wzrost światowej populacji, jednak z roku na rok liczba ludności rosnąć będzie w coraz mniejszym tempie i być może w perspektywie kilkudziesięciu lat, może wieku, zacznie spadać.

Friedman dowodzi, że jest to bardzo prawdopodobna perspektywa zwłaszcza, że wyczerpują się powszechnie wszelkie czynniki, które odpowiedzialne były za tak dynamiczny wzrost populacji w dwóch ostatnich wiekach. Wyczerpywanie się tych pierwszych wzmacniane jest przez pojawienie się kontrczynników, które działają w sposób przeciwny – hamują przyrost ludności. Szef Stratforu zaznacza, że nowe modele życia, nowe formy społeczno-ekonomiczne mają charakter trwały i uniwersalny, i na tej podstawie wskazuje na duże prawdopodobieństwo zaistnienia stawianych przez siebie tez. W tym miejscu warto pochylić się nad argumentacją Friedmana dotyczącą przyczyn eksplozji demograficznej.

Skąd się wzięła eksplozja

Na początku XIX w. mieliśmy do czynienia z dużą liczbą urodzeń – nawet do średnio 8 urodzeń na jedną kobietę. Przez długi okres jednak tak duża liczba urodzeń nie miała przełożenia na proporcjonalnie duży przyrost liczby ludności. Już jednak w połowie dziewiętnastego stulecia nastąpiła rewolucja w zakresie rozwoju medycyny i dostępu do służby zdrowia. Zdecydowanej zmianie uległo podejście do kwestii higieny, dbałości o zdrowie. Co istotne, zmiany te miały charakter powszechny i stopniowo docierały do coraz niższych warstw społecznych. Oczywistym skutkiem takiego stanu rzeczy było wydłużenie się średniej długości życia. Dzięki temu przeżywało również coraz więcej dzieci, które mogły doczekać wieku dorosłego i również mieć potomstwo. Przełożyło się to w prosty sposób na dynamiczny wzrost liczby ludności i zapoczątkowało erę eksplozji demograficznej. Jak zauważył Friedman w latach 1750-1950 liczba ludności zwiększyła się trzykrotnie - z jednego do trzech miliardów. Zwrócono uwagę na kwestie zwiększeni liczby dzieci, które dożywały wieku dorosłego.

Nie mniej ważnym elementem, który przecież funkcjonował od zamierzchłych czasów jest także społeczno-ekonomiczny model rodziny. To on przecież odpowiada w ogromnej mierze za ten czy inny stosunek do planowanej liczby potomstwa. Szef Stratforu zaznacza, że istotny wpływ na liczbę potomstwa miał wiek, w którym dzieci przechodziły z wyłącznej konsumpcji do etapu, w którym przysparzały rodzinie konkretnych dochodów. We wspomnianym wieku dziewiętnastym pracujący sześciolatek nie należał do rzadkości. Każde kolejne dziecko wiązało się owszem z pewnym wydatkiem, jednak po kilku latach przynosiło już rodzinie konkretny dochód. Było tak zarówno w przypadku rodzin rolniczych – gdzie dziecko szybko pomagało w pracach związanych z prowadzeniem gospodarstwa rolnego, jak i w rodzinach robotniczych – już kilkuletnie dzieci mogły pracować, często w bardzo ciężkich warunkach, w prostych fabrykach. Trzeba zaznaczyć, iż wówczas było na to powszechne przyzwolenie, minie też wiele lat zanim pojawią się prawa dziecka. Nadto zaznaczyć trzeba, że opieka ze strony dzieci była jedynym zabezpieczeniem rodziców w okresie starości. To wszystko sprawiało, że każde kolejne dziecko nie tylko nie wiązało się z dodatkowym obciążeniem finansowym, nie tylko nie było pod tym względem indyferentne, lecz wiązało się z podniesieniem poziomu życia rodziny.

Początki końca eksplozji

Wraz ze wzrostem industrializacji i urbanizacji, pojawieniem się coraz nowszych technologii zmienił się również wzorzec rodziny. Jak podkreśla szef Stratforu praca w fabryce była coraz bardziej skomplikowana i nie mogła już być wykonywana przez małe dzieci. Pracownik musiał być już bardziej wykwalifikowany – wraz z upływem czasu coraz bardziej. Okres, w którym dziecko nie łożyło na utrzymanie rodziny, a jedynie rodziło rozliczne wydatki znaczącą się wydłużył. Każde kolejne dziecko nie musiało być niemal automatycznym źródłem dochodów. Oczywiście, na wsi wszelki tego rodzaju przemiany miały miejsce znacznie wolniej. Dodać również tutaj należy – co podkreśla autor „100. następnych lat” – niewielką świadomość na temat planowania rodziny, co przy braku środków antykoncepcyjnych owocowało potomstwem nieplanowanym, tym liczniejszym im niżej społecznie usytuowana była rodzina.

Pewne procesy zaczęły mieć miejsce już wcześniej, jednak w krajach rozwiniętych zaraz po wojnie przybrały na znaczeniu i dziś wydają się nie ulegać wątpliwości. Mowa tu o procesach, które wpłynęły na wzorce rodziny, zmieniając jej strukturę z wielodzietnej, na mniej liczną. Zmieniły się nadto relacje samych małżonków, pozycja społeczno-ekonomiczna kobiety.

Wraz z rozwojem uprzemysłowienia nowoczesne rozwiązania w różnych gałęziach gospodarki wymagały coraz większych kwalifikacji wśród pracowników. Oznaczało to, że dziecko będzie uzyskiwało dochody nie tylko, gdy fizycznie będzie już zdolne do ciężkiej pracy (a więc w wieku kilkunastu lat), lecz dopiero wtedy, gdy uzyska stosowne przygotowanie do zawodu albo też odpowiednie wykształcenie. Wiek, w którym dziecko zaczyna uzyskiwać realne, poważne dochody przesuwa się stale. Najwyraźniej widać to w krajach rozwiniętych, gdzie lwia część młodzieży wybiera się na studia i rozpoczyna pracę około 25 roku życia. Moment uzyskania zatrudnienia jest w tym wypadku momentem, w którym dopiero kończy się finansowe uzależnienie dziecka od rodzica. W związku z tym, potomstwo pozostaje przez bardzo długi okres na utrzymaniu rodziców. Im bardziej ten proces jest intensywny, tym bardziej spada liczba potomstwa. Owszem, są dziś jeszcze kraje, w których standardem są liczne rodziny. Z jednej strony są to kraje, w których industrializacja dopiero powoli zyskuje na dynamice, a nowe technologie nie są jeszcze rozpowszechnione. Z drugiej strony są to kraje, w których nacisk społeczny, religijny na konkretny model rodziny jest znaczny – są to np. niektóre kraje islamskie. W obu jednak przypadkach poprzez globalizację, procesy gospodarcze, kulturowe następuje dyfuzja czynników, które spowodowały zmniejszenie liczby potomstwa choćby na Starym Kontynencie. Za przykład można wskazać tu choćby niektóre rejony Indii, a także niektóre bogatsze regiony w państwach muzułmańskich.

Friedman unaocznia to eksponując badania dotyczące średniej liczby urodzeń. W roku 2000 wynosiła ona 2,7. Jak wskazuje autor - średnia, która pozwala utrzymać populację na tym samym poziomie to 2,1 urodzenia przypadające na jedną kobietę. Według szacunków ONZ w roku 2050 średnia światowa spadnie do 2,05. Jeśli chodzi o kraje rozwinięte to liczba ta już dziś wynosi 1,6. Kraje ubogie charakteryzuje wskaźnik urodzeń na poziomie 5,0 (autor przypomina, że w niedługim czasie spadł on z poziomu 6,6 spodziewany jest dalszy spadek do 3,0 w 2050 r.).

Zmiana świadomości – zmiana wzorca

Dalekim uproszczeniem byłoby twierdzenie, że liczba potomstwa zależy wyłącznie od kwestii ekonomicznych. O ile brak dziecka często wynika z braku środków do jego utrzymania, o tyle decyzja pozytywna – decyzja o chęci posiadania dziecka (przede wszystkim kolejnego dziecka) wcale nie musi wynikać przede wszystkim z perspektyw finansowych rodziny. Świadomość rodzica zmieniała się na przestrzeni dziesięcioleci. Nauczył się on zaspokajać swoją potrzebę rodzicielstwa poprzez wychowanie tylko jednego dziecka. Jego życie uległo diametralnej zmianie. Dziś człowiek krajów rozwiniętych żyje w innym stylu, nie widzi miejsca w swoim życiu dla licznego potomstwa. Bardzo często mieszkaniec dużego miasta w kraju rozwiniętym decyduje się na pierwsze dziecko nie tylko po studiach, ale także po osiągnięciu pewnego poziomu finansowego, zawodowego czy kariery.

Nie małe znaczenie ma w tym przypadku rewolucja obyczajowa. Inicjacja seksualna rozpoczynana jest często na lata przed ślubem. Niesłuchanie istotną jest również zmiana świadomości kobiety. Gdy bowiem zmiany w świecie szły we wspomnianym wyżej kierunku, a więc gdy dziecko przez długi okres wymagało poważnych nakładów finansowych, czego konsekwencją był spadek liczby potomstwa – zmieniła się również sytuacja kobiety. Wychowanie mniejszej ilości dzieci zajmowało już mniej czasu, mogła podjąć ona pracę zarobkową. To z kolei – jak podkreśla Friedman – sprawiło, że rozwód nie był już dla kobiety finansową katastrofą. Oczywistym jest, że liczba rozwodów ma bezpośredni związek z ilością urodzeń. Co więcej, w tym momencie u kobiet pojawiły się całkiem nowe priorytety – takie jak kariera zawodowa.

Taki jest nowoczesny model, model uniwersalny, który stale rozszerza się wraz ze wzrostem zamożności po coraz dalszych zakątkach świata – bez względu na podłoże kulturowe czy religijne. Ten trend postępuje i raczej trudno byłoby go zatrzymać poprzez drobne wsparcie finansowe. To być może zmobilizuje nieliczne najbiedniejsze rodziny, lecz te, które posiadają już ukierunkowany styl życia według nowego modelu, raczej nie zmienią go w zamian za drobne dofinansowanie. Taka pomoc państwa musi przewidywać możliwie jak najszersze wyręczenie kobiety w obowiązkach związanych z opieką nad dzieckiem, tak by nie musiała ona porzucać ambicji zawodowych. Trudno orzec, co jeszcze należałoby uczynić w tym kierunku. Friedman twierdzi, że ten proces jest nieodwracalny i stale będzie postępować. Zaznacza jednak, że są grupy, które pomimo zamożności, nowoczesnego stylu życia pielęgnują tradycyjny model rodziny i walczą o jego zachowanie.

Bój tradycjonalistów

Autor „100. następnych lat” zauważa, że w interesie wszelkich religii od katolicyzmu, przez judaizm po islam, leży utrzymanie tradycyjnego modelu rodziny. W tym celu wspiera się walkę z aborcją, eutanazją, homoseksualizmem, popiera się czystość przedmałżeńską, liczne potomstwo, jednocześnie dezaprobując rozwody. Szef Stratforu podkreśla jednocześnie, że radykalne polityczne emanacje tego rodzaju poglądów muszą w taki czy inny sposób sprzeciwić się liberalnej aksjologii państw rozwiniętych (nie można tutaj dokonać zawężenia wyłącznie do Zachodu). Tutaj też upatruje Friedman jednej z głównych przyczyn, a zarazem osi sporu między islamskim ekstremizmem, a demokracjami liberalnymi. Dyfuzja kulturowa ze świata liberalizmu podważa fundamenty, na których opiera się znaczna część państw muzułmańskich.

Co interesujące, szef Stratforu do grona konserwatystów zalicza również robotników w państwach rozwiniętych. Mogą mieć oni bowiem nieco liczniejsze rodziny. Wcześniej rozpoczęli pracę zarobkową. Małżonkowie są bardziej od siebie uzależnieni finansowo, czego konsekwencją jest skłonienie się raczej ku konserwatywnemu modelowi rodziny. Oczywiście, nie można też zapominać o grupach osób, u których konserwatyzm wynika z wyznawanego światopoglądu, który bywa, lecz wcale nie musi być konsekwencją wzmożonej religijności. Friedman uważa ich za potężną grupę społeczną, gdyż jej reprezentanci intensywnie opowiadają się za tradycyjnymi wartościami. Tych z kolei nie posiadają przedstawiciele nowego wzorca i – według autora – jeszcze długi czas nie wypracują spójnego systemu w tej płaszczyźnie. To zaś rodzi – przynajmniej na razie – przewagę konserwatystów wobec przedstawicieli alternatywnego modelu życia.

Polska specyfika

Przyglądając się poglądom George’a Friedmana warto zastanowić się nad kwestią polską omawianego problemu. Wszelkie wskaźniki wskazują, że proces, o którym mowa w „100. następnych latach” już dawno zagościł w Polsce. Nie zbiera jeszcze tak daleko idących owoców jak w państwach Europy Zachodniej, tym niemniej pierwsze poważne sygnały zauważono już dawno. Wydaje się, że nad Wisłą problem demografii się bagatelizuje. Podejmują go jedynie konserwatyści i organizacje katolickie – najczęściej w odniesieniu do problematyki aborcji. Jest to jednak sprawa przyszłości narodu i pozycji państwa w świecie, nie można więc jej ani lekceważyć, ani spychać na margines dyskusji publicznej.

Owszem, podejmowane są niezbyt dynamiczne działania takie jak osławione „becikowe”, które samo w sobie nie było pomysłem złym, wymagało jednak dopracowania i umieszczenia w szerszym systemie pomocy rodzinie i młodej matce. Pomysł został jednak sprowadzony w dyskusji publicznej do granicy śmieszności, firmowany był przez niepopularną partię i mimo słusznych założeń zdeprecjonował samą ideę, która mogła zaowocować szeregiem dalszych działań. Dziś w dobie dalekosiężnych planów polskiego rządu takich jak sławny projekt „Polska 2030” nie sposób uciec od pytań o demografię. Być może podjęcie tematu przez rząd tworzony przez partię o tak dużym poparciu społecznym pozwoli wrócić demografii i polityce prorodzinnej na należne jej miejsce w poważnej dyskusji publicznej. Z pewnością potrzebna jest zarówno taka dyskusja, jak i konkretne działania obejmujące cały szereg instytucji wsparcia finansowego i pomocy rodzinie w wychowaniu dzieci przy zachowaniu aktualnej pozycji kobiety i stylu życia rodziny – przynajmniej w pewnym zakresie.

Skutki zmian demograficznych. Imigrant mile widziany

Autor „100. następnych lat” zaznacza, że demografia będzie jednym z najważniejszych czynników wpływających na procesy geopolityczne. To dramatyczny spadek liczby ludności pozbawi ostatecznie Rosję złudzeń w zakresie realizacji snów o potędze. To również dynamiczny przyrost naturalny w niebagatelnym stopniu przyczyni się do tego, że o Turcji i Meksyku będziemy mówić jako o potęgach. Ankarę stawia nawet Friedman – obok Warszawy i Tokio – w rzędzie głównych światowych rozgrywających (przy założeniu, że hegemonem dalej pozostaje Waszyngton).

Szczególnie interesujące wydają się zmiany w polityce wewnętrznej państw rozwiniętych spowodowane prognozowanym spadkiem ludności. Trzeba przyznać, że tezy stawiane w tej materii przez szefa Stratforu są szczególnie zaskakujące. Friedman przewiduje, że we wspomnianych państwach rozwiniętych poważnym problemem będzie brak siły roboczej. Skutkiem tego ma być poważny kryzys gospodarczy, który może pojawić się w latach trzydziestych tego wieku. W tym miejscu autor podkreśla znaczenie faktu, który już dziś w wielu kręgach budzi poważny niepokój. Wskazuje bowiem, że obecny wiek emerytalny ustalony został w zupełnie innej rzeczywistości społecznej – mowa tutaj przede wszystkim o średniej długości życia, która będzie dynamicznie rosła. Spowoduje to ogromne problemy z punktu widzenia finansów publicznych. Friedman prognozuje, że w niedalekiej przyszłości struktura społeczna z piramidy zacznie przypominać grzyb. Znacznie mniejsza liczba ludności w wieku produkcyjnym będzie musiała utrzymać pokolenie boomu demograficznego. Może to doprowadzić do poważnych konfliktów społecznych i poważnie wpłynąć na kwestie polityczne.

Najbardziej zaskakującą tezą Friedmana jest ta, która mówi, że brak rąk do pracy będzie tak duży, że kraje przemysłowe będą stosować różnego rodzaju środki motywujące, aby… zachęcić do przyjazdu pracowników z krajów ubogich. Autor wskazuje bowiem, że owszem fala imigracji będzie rosła, jednak nie na tyle, by wypełnić lukę demograficzną. Walka o pracownika z krajów uboższych może nawet doprowadzić do poważnych tarć między krajami rozwiniętymi. Z pewnością spowoduje to zmiany kulturowe w tych państwach. Szef Stratforu twierdzi jednak, że dla Stanów Zjednoczonych będzie to po prostu kolejna fala imigracji, mniejsza nawet aniżeli ta z lat 1880-1920. Co więcej, podkreśla on niewątpliwy walor kultury amerykańskiej, jej dużą zdolność do asymilacji, plastyczność. Wydaje się, że Europa jest pod tym względem zdecydowanie odmienna.

Polak o śniadym kolorze skóry

Jeżeli założymy, że Polska odegra przewidzianą przez Friedmana rolę, że jej udziałem będzie poważny wzrost gospodarczy i geopolityczny, możemy sądzić, że również spotka się z problemem, a nawet koniecznością wzmożonej imigracji. Być może za trzydzieści lat polskie społeczeństwo wyglądać będzie znacząco inaczej - składać się będzie z dużej liczby imigrantów. Będzie to dla Polski nowa sytuacja, gdyż od 1945 r. Rzeczpospolita jest krajem niemal jednolitym narodowościowo. Trzeba jednak pamiętać, że państwo wielonarodowe było dla Polski i Polaków chlebem powszednim przez długie wieki aż do wybuchu wojny w 1939 r. Kilka wieków temu Rzeczpospolita słynęła na całą Europę z niesłychanej zdolności asymilacji wielu narodowości, do umiejętnego egzystowania wielu narodów w jednym państwie. Polska kultura słynęła z niezwykłej zdolności promieniowania na kultury innych narodów, tolerancji i umiejętności twórczego czerpania z dorobku innych. Nie prowadziło to nie tylko do rozmycia się kultury czy tożsamości polskiej, ale do jej wzbogacenia, rozwinięcia i wejścia na wyższy poziom cywilizacyjny.

Te historyczne wzorce upodabniają Polskę właśnie do Stanów Zjednoczonych. Wobec demograficznych i imigracyjnych wyzwań kolejnych dziesięcioleci i w dobie odgrywania przez Rzeczpospolitą wiodącej roli w Europie Środkowej i Wschodniej, koniecznym będzie przypomnienie i adaptacja do nowoczesnych warunków tych wzorców, które stanowiły fundament tożsamości I Rzeczpospolitej. Co istotne, warto czerpać w tym zakresie z dorobku polskiej prawicy z okresu zaborów i dwudziestoleci międzywojennego. Wbrew bowiem stereotypom czerpała ona, przy konstrukcji własnych idei, z kultury narodowej i państwowej nowoczesnych demokracji – Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, a w zakresie postaw obywatelskich także z dynamicznie rozwijającej się wówczas Japonii.

Istotną rolę w odpowiedzi na wyzwania zintensyfikowanej imigracji nad Wisłą mogą odegrać poglądy przedwojennego prawicowego filozofa – Feliksa Konecznego. Jego nauka o cywilizacjach może stanowić odpowiedź na ważne pytania nadchodzących dziesięcioleci. Jednocześnie – jak się wydaje – stanowi pewną naturalną konsekwencję poglądów powszechnych w dobie I Rzeczpospolitej. Główną tezą Konecznego jest ta, która mówi, że z punktu widzenia tożsamości i świadomości dla pewnego kręgu kulturowego, narodowego nie ma znaczenia pochodzenie etniczne czy kolor skóry, lecz właśnie cywilizacja w jakiej zostało się wychowanym. Wzbogacenie, a właściwie odświeżenie w polskiej kulturze asymilacyjnych elementów rodem z Rzeczpospolitej Obojga Narodów, dostosowanej do wymagań XXI w. może spowodować, że imigracja nie będzie takim problemem jak dziś we Francji czy w Holandii. Będziemy mieli być może do czynienia z świadomymi Polakami, otwartymi na świat i dumnymi ze swojej ojczyzny, Polakami być może o skośnych oczach, czy nieco ciemniejszym kolorze skóry. Perspektywa imigracji jest całkiem realna. Pytaniem jest natomiast to czy polska kultura pod względem asymilacji imigrantów przybierze model zachodnioeuropejski czy też amerykański.

To, że demografia zawsze miała poważny wpływ na geopolitykę nie jest żadną nowością. Według poglądów George’a Friedmana w XXI w. będzie ona odgrywała dużo poważniejszą rolę aniżeli dotychczas. To skala tego wzrostu, budzić będzie zaskoczenie i sprawia, że budzi dziś liczne kontrowersje. To właśnie zmiany populacji mogą zaowocować poważnymi zmianami w układzie światowych mocarstw – w zakresie zewnętrznym, jak i poważnej zmianie modelu funkcjonowania państw. Są to tylko prognozy, jednak tego rodzaju poglądy pojawiają się coraz częściej. Najsilniejsi już teraz demografię stawiają na czele priorytetów polityki swoich państw. Także polityka polska winna się w tej materii urealnić i zdefiniować kierunki działania wobec procesów, które już teraz są widoczne jak i na te, które będą ich konsekwencją. Będzie to jedno z ważniejszych wyzwań polityki znad Wisły w pierwszych dwóch, trzech dziesięcioleciach XXI w.

Artykuł ukazał się w nr 17/2010 kwartalnika alt
Czytany 7810 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04