poniedziałek, 20 czerwiec 2011 08:11

Antoni Koniuszewski: Serce Lądu - gra toczy się nadal

Oceń ten artykuł
(1 głos)

oceanlove  Antoni Koniuszewski

Jeżeli założymy, że jedna z geopolitycznych doktryn mówiąca, iż kto panuje nad Eurazją ten włada całym światem jest prawidłowa, to trzeba równocześnie przyjąć następującą tezę: żeby rządzić Eurazją należy podporządkować sobie tak zwane Serce Lądu, czyli dzisiejszą Azję Centralną, a więc poradzieckie republiki tego obszaru. Podążając dalej tym tokiem rozumowania: by to było możliwe, trzeba z tym strategicznym obszarem bezpośrednio graniczyć; względnie, o ile jest się mocarstwem morskim, zawładnąć przyległościami.

A strefa doń przylegająca to: Afganistan, Pakistan, Iran, Irak oraz basen Morza Kaspijskiego po europejskiej stronie. Kluczem otwierającym Serce Lądu jest bezwzględnie Kabul; ale by dzierżyć tą niegościnną krainą nie da się tego uczynić bez wpływu, w pierwszej kolejności, na Pakistan oraz Teheran. Gdy tak popatrzymy na współczesne nam gry militarne jasno zauważymy, o co toczy się rzeczywista batalia w Afganistanie i jak małoznacząca jest sprawa międzynarodowego terroryzmu, w tym jego przywódcy bin Ladena, którego spektakularna śmierć ostatnio proklamowana przez Amerykanów jest w gruncie rzeczy przesłaniem skierowanym głównie do wyborców tego najsilniejszego światowego imperium.

Uczestnicy rozgrywki

Jest trzech aspirantów do władania Sercem Lądu: USA, Rosja oraz Chiny. Przy czym dwa ostatnie mocarstwa bezpośrednio z nim graniczą, w tym Moskwa powołująca się na historyczne prawa, gdyż od dawna rozporządzała tym regionem i dopiero upadek radzieckiego systemu oznaczał dla niej ogromny geopolityczny regres. Rosja i Pekin są klasycznymi potęgami lądowymi o ogromnej terytorialnej rozciągłości, zaś Stany to zdecydowanie klasyczne imperium o kupiecko – morskiej naturze, na dodatek w prostej linii spadkobierca Brytyjczyków. Chiny mają ogromną ilość mieszkańców, ale terytoria zbliżone do Serca Lądu są niegościnne i nie stanowią dobrej wypadowej bazy, jeśli chodzi o ekspansję Pekinu w zachodnim kierunku, czyli w stronę Morza Kaspijskiego. Z kolei podstawą ludnościową Rosji jest tylko jej europejski fragment. Na dodatek jej ogromne przestrzenie są równoleżnikowo podzielone na kilka odmiennych stref. Na północy bezludna tundra, dalej największy na świcie iglasty las zwany tajgą, poniżej mniej ogromne puszcze o mieszanym charakterze aż na wysokość Kijowa, zaś poniżej w kierunku Azji i Ałtaju bezkresny step, nierównomiernie zaludniony. Stany Zjednoczone są potężnym supermocarstwem, wydającym rocznie na własne zbrojenia dwunastokrotnie więcej aniżeli Moskwa i sześciokrotnie więcej niż Chińska Republika Ludowa. Różnice w militarnych możliwościach, a także w potencjale gospodarczym są zatem znaczące i wszelkie spekulacje na temat rychłego upadku tej potęgi są grubo przesadzone. Jednak każdy kolos ma swoje tak zwane miękkie podbrzusze.

O ile Rosji i Chinom wystarczy, iż trwają na obecnych pozycjach – USA jako morska potęga musi wciąż walczyć, a dla utrzymania swojego wysokiego międzynarodowego statusu, potwierdzać w boju własne przewagi, prowadząc nieustanne podboje. Ameryka bowiem bez realnych własnych wpływów w Europie i w nadmorskich obszarach Azji, zwanych Eurazją Zewnętrzną, mimo pozycji hegemona, będzie zmuszona czynić przygotowania do pospiesznego pakowania walizek, polegającego na rezygnacji z globalnych aspiracji. Dlatego niezbędne jest zawładnięcie Sercem Lądu, a do tego konieczne okazuje się podporządkowanie Kabulu, gdyż nie ma po prostu innej możliwości. Dlatego też światową krucjatę, prowadzoną pod amerykańskim przywództwem przeciwko terroryzmowi, a dokładnie przeciwko Al.- Kaidzie należy włożyć między bajki.

Ta opowiastka, co do której wszyscy udają, że w nią wierzą jest zaledwie niezbędnym kamuflażem, pozwalającym uniknąć języka zimnej wojny – albowiem żyjemy w czasach światowego pokoju.

Co dalej?

Zasadniczy problem sprowadza się w tym przypadku do tego, iż Moskwa i Pekin pozostaną wciąż tam gdzie są, natomiast Amerykanie, jeżeli tylko opuszczą Afganistan, mogą pożegnać się z marzeniami na temat opanowania Środkowego Wschodu. Wtedy może nastąpić reakcja łańcuszkowa.

Po wyprowadzce z Afganistanu, trzeba będzie porzucić Pakistan, a jeśli to nastąpi wydatnie wzmocni się Iran i z pewnością upadnie proamerykański reżim w Arabii Saudyjskiej. Reakcją na to okaże się wzrost regionalnych aspiracji Turcji, co doprowadzi do tego, iż Rosja uprzedzając Ankarę spacyfikuje Południowy Kaukaz. Z kolei istnienie Izraela będzie zagrożone i miejscowy rząd musi poszukać sobie innego protektora niż Waszyngton. Z całą pewnością taki się znajdzie. Już ta pobieżna analiza pozwala na wyprowadzenie wniosku, że światu zagrozi nuklearna konfrontacja, gdyż ktoś tę broń w końcu zmuszony zostanie użyć. Najpierw na okrojonym obszarze działania, lecz co będzie dalej? Stany ograniczone w swoich planetarnych możliwościach z całą pewnością próbują utrzymać inicjatywę we własnych rękach i podzielić świat, wykorzystując wciąż ogromne własne zasoby na kilka stref wpływu.

Ich nadzieją będzie groźba konfrontacji rosyjsko-chińskiej o władzę nad Sercem Lądu. O ile jednak Rosja w przypadku ujawnienia się chińskich aspiracji, będzie musiała skonfrontować się z tym rywalem – o tyle Pekin ma jeszcze inne warianty. Chińczycy mogą prowadzić politykę samoograniczania się w stawianiu na własny militarny potencjał. Stać ich, nawet już teraz, na podanie pomocnej dłoni amerykańskiemu dolarowi, co umożliwi im realną gospodarczą ekspansję we wszystkich możliwych geopolitycznych kierunkach. Trzeba także nadmienić, że gra na wewnętrzne konflikty w Państwie Środka jest nierealistyczna. Oderwanie bowiem Tybetu to zaledwie piękna mrzonka.

W takim przypadku współczesna Europa właściwie pozostanie poza zasadniczymi nurtami wydarzeń, gdyż straci na geostrategicznym znaczeniu i niewiele zaoferuje innym. Stary Kontynent rozrywany wewnętrznymi konfliktami będzie lawirował między Rosją a Stanami Zjednoczonymi, gdyż ta pierwsza łaknie nowoczesnych technologii, zaś Amerykanie baz dla własnego lotnictwa. Z całą pewnością i jedni, i drudzy otrzymają to czego oczekują. Jednak w podanych okolicznościach Turcja, ze względu na własne położenie, okaże się chyba ważniejsza aniżeli Unia Europejska. To będzie dopiero zemsta za w końcu niedawne upokorzenia. USA, Chińska Republika Ludowa i Rosja będą miały żywotny i wspólny interes, by w czasach nadchodzącego i pewnego zamętu zachować wspólną kontrolę nad tak zwanymi procesami zachodzącymi na globie, ale czy to im się uda?

Po pewnych symptomach, które już dzisiaj obserwujemy możemy z niemałą dozą pewności założyć, że naszkicowany scenariusz jest raczej bliższy, niż dalszy. Amerykanie, by odwlec ten niemiły dla siebie moment, względnie próbując nawet odwrócić rysującą się na horyzoncie sytuację mogą usiłować własne opuszczenie Afganistanu połączyć z próbą wewnętrznego osłabienia Rosjan lub Chińczyków; lecz oznacza to realne wzmocnienie jednych kosztem drugich. Nic to Stanom Zjednoczonym, na dłuższą metę, nie daje. Dlatego sytuację oceńmy jako mocno zdeterminowaną, a wszelkie gwałtowne próby odwracania konieczności tylko pogorszą światowe perspektywy na pokój.

A co z Polską?

Czynniki kierujące naszą ojczyzną powinny wziąć pod uwagę nasze współczesne położenie, gdyż błędy w ocenach mogą okazać się tragiczne w skutkach. Mimo złych perspektyw dla USA, winny pozostać one naszym najważniejszym geopolitycznym partnerem, gdyż – mimo wszystko – to one napiszą scenariusze, według których rozegra się najważniejsza partia dwudziestego pierwszego wieku. Jednak korekty są pilnie potrzebne. Nie leży, przede wszystkim, w naszym najżywotniejszym interesie granie własnej partii opartej na przypuszczeniach, że w nadchodzących latach Amerykanie skonfrontują się z Rosją. Z takiej nieprawidłowej kalkulacji wynika mylne założenie, iż mamy do spełnienia wiodącą rolę na obszarze między Bałtykiem i Morzem Czarnym. Nikt na to na świecie nie stawia, a dalsze trzymanie się tej niesłusznej i utopijnej koncepcji może nas dużo kosztować. Oddech Berlina odczuwamy przecież coraz wyraźniej, czego istotnym symbolem jest niedawna wizyta na Wybrzeżu przewodniczącej niemieckiego Związku Wypędzonych. Jeszcze kilka lat wstecz tamtejszy Minister Spraw Zagranicznych, z całą pewnością, odradziłby jej tę politycznie mocno dwuznaczną eskapadę. Dzisiaj już nie. Najgorsze jest bowiem międzynarodowe osamotnienie Polski, które może potwierdzić znane porzekadło, iż „wśród prawdziwych przyjaciół psy zająca zjadły”. A symptomy porzucenia sojuszniczej Warszawy jednak się rysują.

fot. sxc.hu

Artykuł ukazał się w nr 25-26 (19.06-26.06.2011) tygodnika alt

Czytany 4836 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04