wtorek, 05 kwiecień 2011 07:28

Robert Potocki: Wielka Europa jako koncepcja geopolityczna?

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Ku_Nowej_Europie


  dr Robert Potocki

Recenzja: Sykulski Leszek, Ku Nowej Europie: perspektywa związku Unii Europejskiej i Rosji – Spojrzenie geopolityczne z Polski, Instytut Geopolityki, Częstochowa 2011, 121 ss.

Nakładem Instytutu Geopolityki ukazała się na początku 2011 roku stosunkowo niewielkich rozmiarów rozprawa publicystyczna (s. 11), napisana przez prezesa tejże instytucji Leszka Sykulskiego, (IG) – autora wydanego niespełna dwa lata wcześniej słownika geopolitycznego [1]. Pomimo, nieco zagmatwanego tytułu, rozprawa zdaje się być prawidłowo skonstruowana. Składa się z czterech zasadniczych rozdziałów, poświęconych kolejno następującym zagadnieniom:

(1) procesom dziejowym zachodzącym na terenie Eurazji,

(2) systemowi angloamerykańskiemu jako źródło globalnej destabilizacji,

(3) koncepcji bloku kontynentalnego oraz

(4) geopolityce Polski w kontekście osi Paryż-Berlin-Moskwa.

Autor w swoim w słowie wprowadzającym zaczyna od dość banalnego stwierdzenia, iż stosunki europejsko-rosyjskie mają już stosunkowo długą historię oraz dość pokaźną literaturę przedmiotu. Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, chociaż szkoda w tym miejscu, że publicysta nie przedstawił nam przynajmniej podstawowego katalogu literatury przedmiotu, która stała się przedmiotem recenzowanych rozważań.

Prezes Instytutu Geopolityki rozpoczyna swój wywód od dość klarownego wykładu metodologicznego na temat specyfiki badawczej geopolityki. Jego wywód można zatem sprowadzić do czterech zasadniczych uwarunkowań:

(1) geopolityka zajmuje się badaniem rzeczywistości politycznej w kategoriach wielkoprzestrzennych,

(2) analiza ta ma charakter długookresowy,

(3) rozważania te mają przede wszystkim charakter przyczynowo-skutkowy oraz

(4) badanie to zawsze odwołuje się do szkoły realistycznej w stosunkach międzynarodowych (s. 8-10).

W zasadzie nie trudno zgodzić się z takim wnioskowaniem, jest on w zasadzie poprawny i prawidłowy. Jednakże jeżeli w niniejszej recenzji przyjmiemy, że geopolityka zajmuje się badaniem wpływu przestrzeni na dany ośrodek siły w pewnej perspektywie czasowej, to warto zauważyć, że wraz z narastaniem tzw. III fali cywilizacyjnej (ponowoczesności) pojęcia takie jak: ośrodek siły, przestrzeń a właściwie czasoprzestrzeń uległy daleko idącej relatywizacji [2]. Oznacza to, że autor celowo przyjął za punkt wyjścia kategorie badawcze charakterystyczne dla geopolityki klasycznej, co znacznie zawęża pole interpretacyjne i właściwe wnioskowanie niemal wyłącznie do interpretacji przestrzeni geograficznej.

W rozdziale I autor swe rozważania rozpoczyna od refleksji na temat tzw. Wyspy Świata (s. 13-22) i związanych z tym pojęć wielkoprzestrzennych: Heartlandu oraz Rimlandu. I w zasadzie nie jest to nic nowego, gdyż w gruncie rzeczy jest to swego rodzaju omówienie teorii Halforda Mackindera z 1904 roku oraz innych koncepcji geopolityki klasycznej [3]. Z kolei stwierdzenie prezesa IG o zależnościach między Śródziemiem a Przymorzem (s. 16), to w zasadzie powtórzenie teorii dwubiegunowości Roberta Strausz-Hupégo. Także dość powierzchowny opis ekspansji eurazjatyckich z Wielkiego Stepu (s. 19-22) to nic innego jak wykorzystanie z „drugiej ręki” prac Lwa Gumilowa na temat panturanizmu [4]. Trudno także zrozumieć dlaczego upadek Bizancjum w 1453 roku L. Sykulski nazywa „końcem ery europocentryzmu” (s. 22-28), zwłaszcza, że epoka wielkich odkryć geograficznych zapoczątkowała ekspansję Zachodu na obszarze panamerykańskim, a następnie azjatyckim. Tak naprawdę omawiając dzieje powszechne epoki nowożytnej gdzieś do 1945 roku można mówić o europeizacji porządku globalnego, a od dlatego czasu po dzień dzisiejszy o amerykanizacji.

Autor następnie dość ciekawie kreśli zasady systemu północnego, i ma niewątpliwie rację sugerując, że rdzeń tej konstelacji stanowił sojusz Petersburga i Berlina. Szkoda, tylko, że zapomniał wspomnieć o trzecim członie, jakim była ówczesna Wielka Brytania i fakcie, że układ ten był skierowany przeciwko Francji, posiadającej aspiracje kontynentalne. Także – zdaniem recenzenta – publicysta znacznie przecenia pozycję i rolę Wielkiej Brytanii (s. 32). Szeroko zakrojona politykę imperialną prowadziły wszystkie ówczesne wielkie mocarstwa, z których Londyn był istotnie najskuteczniejszy [5]. Trudno jest natomiast zgodzić z sugestią, że mocarstwo to podjęło próbę podporządkowania sobie Wyspy Świata, zwłaszcza, że Europie naczelną zasadą tego gracza była polityka równowagi [6]. Z kolei o azjatycki interior bez większego powodzenia rywalizował on z Rosją. To z tego okresu pochodzi przecież podstawowe określenie geopolityczne - „Wielka gra”. Recenzent nie podziela także opinii autora, że początków imperializmu amerykańskiego należy szukać dopiero po wojnach meksykańskich. USA było od początku swego istnienia tworem imperialnym, który z racji swego położenia, zasobów i podłoża ideologicznego stawiało sobie za cel budowę alternatywnego wobec europejskiego modelu państwa i propagowanie go w skali globalnej [7]. A tak na marginesie to warto także uzupełnić dociekania L. Sykulskiego i wspomnieć, że istotnie podłożem „panowania” Waszyngtonu na zachodniej hemisferze jest rzeczywiście doktryna Monroe, która została jedynie uzupełniona przez „poprawkę” T. Roosevelta z 1904 roku (s. 34). Także należy niezwykle ostrożnie podchodzić do twierdzeń na temat Anakondapolitik (s. 34-37). Wynika to z tego prostego założenia, że Stany Zjednoczone są do pewnego stopnia zainteresowane zarówno integracją europejską, jak i usiłują w niektórych momentach lub sektorach ograniczyć jej zasięg. Trudno jest doprawdy pojąć sugestię autora, że celem Londynu w II poł. XX wieku było rozbicie osi Paryż-Berlin-Moskwa, zwarzywszy na fakt, iż następstwem II wojny światowej było rozbicie kontynentu europejskiego na dwa światowe systemy polityczne. Europa XX wieku to przede wszystkim upadek w 1918 roku systemu czterech imperiów kontynentalnych (Rosja, Niemcy, Austro-Wegry, Turcja) i powstanie w to miejsce „historycznych” państw narodowych. Z kolei po 1945 roku mamy – z perspektywy geopolityki – do czynienia na terenie Starego Kontynentu z procesem ekspansji dwu imperiów uniwersalistycznych wywodzących się korzeniami z Europy. W podsumowaniu tegoż rozdziału należy także zadać pytanie autorowi: jaki cel ma zamieszczenie – skądinąd bardzo interesujących podrozdziałów poświeconych cywilizacji informacyjnej i wojnom sieciowym – skoro nie wnoszą one niczego istotnego do tytułowej rozprawy? (s. 37-43).

Z kolei rozdział II poświęcony jest szeroko rozumianemu systemowi anglosaskiemu rozumianemu jako podstawowe źródło globalnej destabilizacji i anarchizacji ładu międzynarodowego. Tu na początek swych rozważań autor wychodzi z dość zaskakującego założenia, iż „Udział Stanów Zjednoczonych w zwycięstwie podczas II wojny światowej został przez nie wykorzystany do narzucenia swej woli politycznej wielu państwom europejskim” (s. 45). Jest to spostrzeżenie niewątpliwie trafne, jednak nadmiernie ogólnikowe. Otóż zdaniem recenzenta – z perspektywy wyników II wojny światowej – wszystkie państwa europejskie ten konflikt zbrojny niewątpliwie przegrały, a w największym stopniu uwaga ta dotyczy Niemiec i Polski. Ponadto zarówno Francja (pamiętajmy o klęsce w 1949 roku), jak i Wielka Brytania (zbytnie osłabienie długoletni wysiłkiem militarnym) utraciły status mocarstw światowych. Inna rzecz, że współcześni historycy zauważają, że w ramach tzw. Wielkiej Trójki ZSRR i USA często uprawiały politykę zmierzającą wprost do osłabienia pozycji Londynu i jego imperium kolonialnego. Uwaga ta dotyczy także Francji i jej posiadłości [8].

Z kolei podrozdział poświęcony Pax Americana został – zdaniem recenzenta – zaprezentowany zbyt powierzchownie. Z perspektywy późnowestfalskiego ładu globalnego USA są nadal największą i wielosektorowa potęgą światową i jako jedynie z wielkich mocarstw posiadają interesy strategiczne w skali globalnej [9]. Zatem z jednej strony doprawdy trudno jest wyobrazić sobie, aby problemy planetarne były rozwiązywane bez ich udziału, a drugiej zaś – wskutek historycznych i społecznych samoograniczeń – Waszyngton nie jest w stanie sam rozwiązywać nawet lokalnych problemów (przykładowo operacja NATO „Fredoom Protector” w Libii w 2011). Inna rzecz, że często same – wskutek swojej nieporadności lub braku umiarkowania – są źródłem anarchizacji. Jeśli zaś już mówimy o końcu Pax Americana, to musimy sobie także uzmysłowić taki fakt, że przejście do porządku wielobiegunowego – tak pożądanego przez Autora – odbędzie się nie tyle na zasadzie zejścia USA ze sceny geopolitycznej, lecz sprowadzeniu go do miana Primus inter pares. O zarzucie „podwójnych standardów” nie ma nawet co dyskutować, gdyż z perspektywy geopolityki jest to po prostu norma, stosowana także i przez inne kraje. W tym kontekście także wydaje się nieuprawniony zarzut o nowym wyścigu zbrojeń inspirowany jakoby przez inicjatywę MD. Dlaczego?

Problem w tym, że argument tego typu jest wysuwany głównie w UE (problem demilitaryzacji polityki zewnętrznej) i Rosji (jest zbyt uboga, aby w ogóle pokusić się o taki alternatywny program). Z kolei ChRL, nie chcąc powtarzać błędów ZSRR, i tak gruntownie i systematycznie modernizuje własne siły zbrojne, ale przede wszystkim szuka asymetrycznych sposobów na rywalizację z Waszyngtonem. W chwili obecnej nie ma kraju, ani też koalicji państw zdolnych w ogóle do sprostania rywalizacji militarnej z tym hipermocarstwem, bo i po co?

Leszek Sykulski trywializuje także „kształt systemu praw człowieka” (s. 55), gdyż w rzeczywistości jest on głównie historycznym produktem myśli europejskiej, wywodzącej się, w zależności od interpretacji – od wartości oświeceniowych lub pryncypiów chrześcijaństwa. Można oczywiście krytykować liberalny system wartości, jednak jest on konsekwencją procesów laicyzacji i równoczesnego odrzucenia tradycji chrześcijańskiej w świecie zachodnim. Przecież USA uchodzi na jeden z najbardziej religijnych krajów świata ponowoczesnego. Autor w tym przypadku, jako realną alternatywę podaje przykład cywilizacyjny Rosji (s. 58). Szkoda jednak, że tego wątku, ani nie rozwija, ani też nie uzasadnia. Należy jednak w tym przypadku pamiętać, że dziedzictwo Moskwy, to nie tylko Bizancjum, ale spuścizna Wielkiego Stepu oraz tradycje wywodzące się z epoki mongolskiej. W sumie połączenie tych pierwiastków w historii sprawia, że Rosja posiada swoją specyfikę kulturową w stosunku do Europy atlantyckiej.

Innym kontrowersyjnym wątkiem podejmowanym przez prezesa IG jest problem „wojny sieciowej” oraz kwestii promocji praw człowieka. W pierwszym przypadku widoczny jest wpływ koncepcji Igora Panarina. Także, o ile cywilizację amerykańską autor nazywa „kulturą konfliktu”, to jak nazwać na zasadzie analogii kulturę UE („kultura pasjonarna”, „kultura nihilizmu”, „kultura hedonizmu”), czy też Rosji, która do tej pory nie uporała się z dziedzictwem sowieckim i imperialnym (syndrom „republiki weimarskiej”).

Można oczywiście także krytykować amerykański dorobek w dziedzinie internacjologii (s. 62-63), jednakże to współcześnie właśnie ona pełni rolę inicjującą w obszarze badań (przykładowo koncepcja Soft Power Josepha Nye’a). Nie należy także ignorować wpływu takich geopolityków, jak Zbigniew Brzeziński, czy George Friedman. Ten pierwszy w Wielkiej Szachownicy (Warszawa 1997) opisał metody działań strategicznych USA w najbliższych dekadach, zaś w przypadku tego drugiego analizy powstałe w ramach Stratfor czyta cały świat, czy chcemy tego, czy też nie!

Największe nadziej recenzent wiązał jednak z rozdziałem III: W stronę Bloku Kontynentalnego. Rozdział ten autor rozpoczyna bardzo ambitnie od kwestii Unii Europejskiej, jako podmiotu geopolitycznego. Niestety wywód ten został ograniczony niemal wyłącznie do stwierdzeń, że podmiot ten winien sukcesywnie rozwijać swoją niezależną obronność. Trudno jest doprawdy nie zgodzić się z tą sugestią. Na początek brakuje jednak dociekań, czym jest w swej istocie Unia Europejska i jakie są jej role międzynarodowe [10]. Szkoda także że zabrakło w tekście omówienia – najciekawszej, zdaniem recenzenta – koncepcji współczesnej integracji europejskiej, czyli Imperium Europaeum [11]. Autor jednak w tym przypadku raczy nas raczej kolejnym ogólnikowym stwierdzeniem, iż „Bez wycofania obcych wojsk z Europy nie będzie mowy o żadnej realnej polityce europejskiej” (s. 67-68), choć nieco wcześniej pisze wprost, że chodzi tu o wojska USA.

Sprawa w rzeczywistości nie jest taka prosta i oczywista. Jej obecność jest uwarunkowana zarówno historycznie (Zimna Wojna), geostrategicznie (położenie Europy na Wyspie Świata, wojna asymetryczna), jak i ekonomicznie (bazy wojskowe to dla miejscowych miejsca pracy, np. w Niemczech). Ponadto to, co umyka autorowi, to fakt, iż od 2001 roku USA sukcesywnie redukują na Starym Kontynencie swoją obecność militarną i polityczną (ewolucja statusu od mocarstwa „europejskiego” po zewnętrznego aktora). Ponadto to właśnie nie kto inny, jak USA, od lat apelują do UE o zwiększenie wysiłku modernizacyjnego w zakresie sił zbrojnych. Zdaniem recenzenta problem słabości typu Hard Power Unii Europejskiej zależy nie tyle od stanowiska Waszyngtonu, co specyficznego charakteru tego „aktora” (Civilian Power) oraz wewnątrz-europejskiej niemożności w sprawie dogadania się odnośnie stopnia integracji politycznej i wojskowej [12]. Tu jednak porozumienie francusko-brytyjskie w listopada 2010 roku oraz udział w operacji humanitarnej „Świt Odysei” pokazuje, że Europa jest stanie prowadzić misje o charakterze wojskowym. Co do zarzutów, że Francja jest krajem najbardziej atakowanym za swe proeuropejskie ambicje, to nasuwają się w tym przypadku dwie uwagi polemiczne. Po pierwsze – prezes IG w tym przypadku przywołuje napięcia na linii Waszyngton-Paryż, jakie miały miejsce w czasie inwazji amerykańskiej na Irak w 2003 roku, co jest zabiegiem nieco przewrotnym (s. 68). A po drugie – wstrzemięźliwość USA wobec francuskich projektów integracyjnych wynika z obaw, aby UE nie przekształciła się w rywala antysystemowego o charakterze globalnym, właśnie pod kierownictwem Paryża [13]. Jeżeli zatem mamy budować Unię Europejską, jako podmiot geopolityczny, skierowany przeciw USA, to oś Paryż-Berlin-Moskwa nie jest żadną realną alternatywą, chociażby z uwagi na dysproporcje potencjałów oraz zdolności decyzyjne ośrodków siły oraz różnice w zakresie kultury strategicznej. W ten kontekst należy wpisać także zarzuty autora o podziale na „nową” i „starą” Europę.

Przejdźmy jednak do analizy współpracy na linii Bruksela-Moskwa. W tym przypadku jednak rozumowanie L. Sykulskiego niemal wyłącznie sprowadza się do argumentacji wielkoprzestrzennej i uwagi o współpracy gospodarczej sprowadzonej niemal wyłącznie do kwestii wiz dla Rosjan oraz barier celnych (s. 73-74). Argument o pewnego rodzaju kompatibilności gospodarek unijnych i rosyjskiej jest zgodny do tego momentu dopóki ta ostatnia może służyć za swego rodzaju zaplecze surowcowe (głównie chodzi tu o dostawy ropy naftowej i gazu ziemnego). Niemniej jednak w rozważaniach tych trzeba brać pod uwagę zarówno wysiłki Brukseli, zmierzające do dywersyfikacji źródeł dostaw surowców, tezy o postępującej relatywizacji konwencjonalnych zasobów energetycznych jak i rysujące się rozwiązania alternatywne (np. gaz łupkowy, gazohydraty metanowe) [14]. „Dotyczy to zwłaszcza FR – pisze Krzysztof Kubiak – dla której gaz łupkowy może oznaczać w przeciągu jednej – dwóch dekad kres realizowanej z wielką konsekwencją strategii odbudowy mocarstwowej roli na bazie pozycji wiarygodnego, stabilnego dostawcy surowców energetycznych do wiodących krajów Europy [...]. Spodziewać się zatem można zdynamizowania działań ukierunkowanych na dalsze uzależnienie Europy (zwłaszcza zaś krajów tak zwanej starej Unii [...])” [15].

Następnie autor kreśli przed nami wizję Paneuropy od Lizbony do Władywostoku, którą w 2001 roku rozwinął ówczesny prezydent Rosji Władimir Putin (s. 80). Jednakże jego argumentacja ma niemal wyłącznie charakter argumentacji wielkoprzestrzennej, której głównym wątkiem jest stanowisko, że to w praktyce główne mocarstwa lądowe Europy: Francja, Niemcy i Rosja powinny decydować o logice integracji europejskiej. Powstaje w tym przypadku pytanie podstawowe: dlaczego? Problem ten ilustruje tabl. 1.

Tabl. 1 Partnerzy strategiczni Rosji w ramach Unii Europejskiej (2008)

tabela

To rodzi jednakże i następne wątpliwości: a co z opinią innych krajów?

Co z Polską?

Jaką cenę zapłaci Unia Europejska za funkcjonowania osi Paryż-Berlin-Moskwa?

To czego w tym miejscu recenzentowi zabrakło, to omówienia historycznych korzenie tej koncepcji geopolitycznej. Diagnoza Siegieja Karaganowa (s. 83-84) niestety niewiele wnosi do tej dysputy o relacjach unijno-rosyjskich [16]. W rozdziale ten zabrakło recenzentowi analizy rachunku potencjałów geopolitycznych UE i Rosji [17] oraz współczesnych perspektywy tych relacji. „Obecna Rosja – piszą I. Krastew i M. Leonard – ma europejski przyrost naturalny i afrykańską średnią długość życia, drugi w świecie arsenał broni jądrowej i poniżej jednego procenta światowej produkcji z wykorzystaniem wysokich technologii. Ma najdłuższą w świecie sieć gazociągów i naftociągów oraz większą korupcję niż Sierra Leone. Jest państwem federalnym w rozumieniu konstytucji, scentralizowanym w ambicjach przywódców, skrajnie podzielonym i sfeudalizowanym, gdy chodzi o faktyczne mechanizmy władzy. Sprzeczności te komplikują nieustannie zmieniającą się rosyjską wizję zagrożeń” [18].

Z najnowszych analiz wynika raczej, iż Europa zmierza raczej do podziału wpływów między UE, Rosję i Turcję, przy równoczesnym częściowym wycofaniu się USA [19]. Ponadto „[...] mimo że to Unia Europejska ma więcej atutów w ręku, jej osiągnięcia są zdecydowanie mniejsze niż rosyjskie. Jeśli za miernik mocarstwowości przyjąć zdolność osiągania celów, a nie zasoby, jakimi się dysponuje, to Rosja jest w tej relacji mocarstwem i często używa swojej potęgi, by osłabić Unię. UE odnosi sukcesy głównie wtedy, gdy uda się jej skupić siłę wszystkich 27 członków oraz przedstawić skomplikowany i złożony pakiet porozumień. Niestety, Unia pozwoliła sobie tak ułożyć stosunki z Rosją, że redukuje własny potencjał, a podnosi rosyjski. Wzajemne relacje zostały sprowadzone do kilku kwestii, gdzie Rosja dysponuje poważnymi ‘straszakami’, takimi jak weto w Radzie Bezpieczeństwa NZ czy kontrola dostaw surowców energetycznych. W dodatku stosunki te są utrzymywane raczej poprzez kontakty dwustronne niż wspólne kanały unijne. Rosja jest silnie scentralizowanym państwem, mającym naprzeciw siebie grupę krajów, z których każdy zachował autonomię w obszarze polityki zagranicznej. Nic dziwnego, że Moskwie znacznie łatwiej niż Unii jest wyznaczyć sobie cele i skupić się na ich osiągnięciu. Rosji udało się przekształcić swoją słabość w siłę, natomiast potęga Unii stała się słabością” [20].

Na zakończenie analizy tego rozdziału warto także wspomnieć, iż Leszek Sykulski przecenia znaczenie Rosji w Arktyce. Pisze on „Zarówno Grzbiet Łomonosowa, jak i grzbiet Mendelejewa są przedłużeniem kontynentu eurazjatyckiego i samej Rosji” (s. 93). Po pierwsze – nie jest to, aż tak pewne, zwłaszcza, że pretensje do tych obszarów zgłaszają zarówno Dania, jak i Kanada. Autor – powołując się na monografię K. Kubiaka – nie precyzuje, że chodzi jedynie o roszczenia, które Komisja Granic Szelfu Kontynentalnego ani nie zaakceptowała, ani też nie odrzuciła [21]. A po drugie – wbrew sugestiom piszącego – „W przypadku Arktyki wyłaniają się skupione w soczewce najważniejsze problemy rosyjskiej polityki. Uderzająca jest rozbieżność między aspiracjami, ambicjami i rzeczywistymi możliwościami działań. Rosji nie brakuje potencjału do odrywania pierwszoplanowej roli w tym regionie [...]. Ale Rosja ma też słabe punkty – brak kapitału i technologii [...]. Ujawnia się znany z historii dylemat rozwojowy Rosji – państwa słabego, o niskim poziomie życia ludności, zachowującego przewagę jedynie w sferze wojskowej [...]. Poważnym problemem jest także wizerunek Rosji – państwa, które nie budzi zaufania i często bywa posądzane o ekspansjonizm” [22]. Także przyszłość ekspansji geopolitycznej na Antarktydzie oraz w przestrzeni kosmicznej jest raczej „pieśń przyszłości” niż faktem z Realpolitik (s. 94-96).

Najsłabszą częścią publicystyki Leszka Sykulskiego jest jednak rozdział IV poświęcony geopolitycznej przyszłości Polski. Przede wszystkim stawia on tezę, iż „W Polsce nie uprawiano i nie uprawia się polityki realnej, ponieważ ta nie może być odseparowana od geopolityki” (s. 97). Na poparcie swojej tezy przytacza przypadki dość egzotyczne: neoprometeizm pewnego niszowego kwartalnika (s. 98-99), misje wojskowe (s. 101-102) oraz pomysł oficera marynarki, który postuluje zakup siedmiu niszczycieli (s. 103-104). Głównym „grzechem” polityki zagranicznej III RP jest zatem „zachodniactwo” (s. 102-104), cokolwiek miało to znaczyć. Czy chodzi to o orientację euratlantycka, czy europejską, czy raczej paneuropejską?

Recenzent domyśla się jedynie, że chodzi to o orientację na USA. Wracając jednak do wątku zasadniczego pewnego rodzaju nieporozumieniem jest twierdzenie, że Polska permanentnie domaga się przeprosin od Niemiec i Rosji (s. 100) oraz, ze w naszym kraju odbywa się demonizowanie tych sąsiadów (s. 101). Jeśli chodzi o Związek Wypędzonych do niewątpliwie autor ma rację pisząc, że jego rola jest przewartościowana. Natomiast w stosunku do Moskwy kluczem do normalizacji stosunków są jednak zaprzeszłe kwestie historyczne, ze szczególnym uwzględnienie sprawy Katynia. I nie chodzi tu o telewizyjne deklaracje, lecz o zwykłe wyjaśnienie okoliczności masowego mordu na oficerach WP w 1940 roku oraz uczczenie ich śmierci. Przykład zbliżenia niemiecko-francuskiego pokazuje, iż bez oczyszczenia pamięci i uhonorowania ofiar pojednanie jest tylko polityczną iluzją. Także jeżeli nawet ograniczone Partnerstwo Wschodnie będziemy rozpatrywali w kategoriach rywalizacji geograficznej, to w zasadzie każdy projekt i inicjatywę Brukseli, czy też Warszawy można interpretować w kategoriach stref wpływów oraz wszelkich prób eliminacji Rosji w krajów Europy Wschodniej (s. 104-106). L. Sykulski w ogóle nie zauważa, że polityka wschodnia UE często miała i tak ograniczony charakter, zaś jej działania nie miały na celu wyparcie interesów Moskwy [23]. Ponadto, aby zrównoważyć do pewnego stopnia ten program samej Rosji zaproponowano Partnerstwo dla Modernizacji.

Z pewnym zadowoleniem trzeba jednak przyjąć fakt, że autor pokusił się w pewnym momencie o nowatorską wizję geopolityczną opartą o koncepcję Bloku Kontynentalnego, którą nie bez kozery nazywa „Nowym Międzymorzerm” (s. 106-109). Niestety treść tego podrozdziału także rozczarowuje, przede wszystkim dlatego, iż jest to w gruncie rzeczy krytyka polskiego prometeizmu oraz uwagi generalizujące w stylu „Polska jako niedużej wielkości uczestnik międzynarodowej rozgrywki, ale jednocześnie ważny element komplementarny Heartlandu, a co za tym idzie także Bloku Kontynentalnego, stoi przed wielką szansą świadomego włączenia się w budowę nowej przyszłości geopolitycznej naszej części świata” (s. 107). Niemniej publicysta nie poprzestaje na tym lecz proponuje utworzenie „instrumentu wojskowego” (s. 108). Chciałby się postawić w tym miejscu dwa zasadnicze pytania: W jakim to celu? I co z NATO?

Odpowiedzi możemy się jedynie domyślać, jednak L. Sykulski z pełnym przekonaniem wychodzi z założenia, iż „Jednym z największych problemów, z jakimi musi się zmierzyć masz region w najbliższym czasie, jest rozwiązanie trudnej sytuacji na Ukrainie” (s. 109). Dlaczego? Otóż zdaniem autora przemawiają za tym trzy zasadnicze powody: (1) Ukraina – jako niezależne państwo powstała z woli Rosji, (2) Czas 20 lat niepodległości tego podmiotu to „[...] okres bezprzykładnego od kilkuset lat okresu anarchii czy wręcz atrofii tego obszaru oraz (3) „Ukraina w obecnych granicach stanowi ‘państwo sezonowe’ (s. 110-111). Niestety publicysta ten nie tylko nie poprzestaje na tak dramatycznym zdiagnozowaniu kwestii ukraińskiej, to jeszcze proponuje konkretne rozwiązanie tego zagadnienia. „Optymalnym rezultatem przekształceń polityczno-terytorialnych obecnego terytorium Ukrainy [...] jest wyodrębnienie z niego trzech obszarów: [...] Galicji Wschodniej, [...] Republiki Kijowskiej [...] i wschodniej [...] Małorosji [...]” (s. 111).

Można w tym przypadku się jedynie domyślać, iż w takim przypadku Małorosja, stała by się nieodłączną częścią Federacji Rosyjskiej, Galicja Wschodnia mogłaby się wówczas pokusić o integrację z Unią Europejską, zaś Republika Kijowska stanowiłaby bufor między UE a FR. W konkluzji „Ukraina jest państwem zbyt dużym i zbyt niestabilnym [...]’ (s. 112). Przede wszystkim – choć autor tego nie podaje – pogląd ten jest w gruncie rzeczy powieleniem tez geopolityków rosyjskich ze szkoły eurazjatyckiej, z drugiej zaś trąci „już myszką” i zwykłym anachronizmem. Przede wszystkim dlatego, iż tezy te były lasowane na Zachodzie w latach 1991-1995, a po drugie – autor w żaden sposób nie argumentuje swojego stwierdzenia. Ponadto widać tu wyraźnie, że ich opiniodawca nie uwzględnia choćby cząstkowej literatury przedmiotu na ten temat, przykładowo rozprawy Tomasza Kapuśniaka [24]. Z innej strony nie ma także słowa na temat działań destabilizujących sferę publiczną oraz wizerunek Ukrainy przez Rosję [25]. Podsumowując zatem ten rozdział trzeba po raz kolejny stwierdzić, że w gruncie rzeczy zawiera on same ogólniki, sądy wartościujące wypowiadane bez żadnego uzasadnienia merytorycznego.

Ostatecznie też na zakończenie dowiadujemy się, że współcześnie pojawiła się wspaniała koniunktura, która „[...] daje możliwość na stworzenie trwałych więzi kontynentalnych od Atlantyku do Pacyfiku [...]. Nowa Europa ma szansę stać się geopolitycznym zwornikiem obszaru od Lizbony po Władywostok” (s. 115). Przez chwilę – dla potrzeb niniejszej recenzji – załóżmy hipotetycznie, iż powstaje na naszych oczach Blok Kontynentalny, którego rdzeniem jest oś Paryż-Berlin-Moskwa, zaś Anglo-Amerykanie wycofują się z tego regionu. W następstwie tego – odwołując się chociażby do teorii gier – co otrzymujemy. Idąc tropem argumentacji Leszka Sykulskiego następuje globalna marginalizacja USA, które stają się wówczas jednym z wielkich mocarstw, zaś ład globalny zostaje sprowadzony do koncertu mocarstw oraz podziału na panregiony (koncepcja Karla Haushofera). Ponieważ jednak Wielka Europa jest ex definicione tworem „antyanglosaskim” na obrzeżach Starego Kontynentu mamy do czynienia z nową Zimną Wojną, z punktem zapalnym w rejonie Arktyki (w perspektywie są jeszcze Antarktyda i Kosmos). A co ze wschodnimi granicami tego związku, skoro ChRL systematycznie buduje swą potęgą? Co z Syberią – ziemię obfitującą w bogactwa naturalne i ziemię – w sytuacji drenażu elementu europejskiego, zbyt małego zaludnienia oraz zacofania infrastrukturalnego. Koniec końców otrzymujemy konflikt geopolityczny zarówno na Zachodzie i na Wschodzie. Natomiast na płaszczyźnie wewnętrzeuropejskiej oznacza to nie tylko zanik UE, jako „imperium konsultatywnego” (wg określenia Paraga Khanny), lecz dominację Paryża i Berlina na zachodzie kontynentu, kosztem marginalizacji wszystkich innych podmiotów. Z kolei na wschodzie niepodzielnie rządzi Rosja, i w konsekwencji wasalizuje byłe republiki sowieckie. Powstaje tu jednak zasadnicze pytanie: jaką cenę za taką koniunkturę geopolityczną zapłaciłaby Polska, a co z Ukrainą, Gruzją? [26] Tym niemniej sam autor w podsumowaniu stawia pytanie: "[...] czemu Unia Europejska miałaby wchodzić w jakikolwiek ściślejszy sojusz czy związek z Federacją Rosyjską, należy odpowiedzieć prosto: ponieważ, to się opłata [...]” (s. 115).

W sumie z pracy można odnieść nieodparte wrażenie, że autor wychodzi z dość kontrowersyjnego założenie, że rdzeniem kulturowym Europy jest część kontynentalna, zaś „cywilizacja rosyjska” jest jakby jej częścią autonomiczną, natomiast kultura anglo-amerykańska tworzy inny, daleki i obcy Zachód. Szkoda tylko, że tego typu podejście metodologiczne nie zostało w sposób wystarczający umotywowany. Czytając recenzowaną rozprawę można ostatecznie pokusić się o konkluzję, iż prezes IG zadeklarował się w niej, jako zarazem zwolennik geopolityki (neo)klasycznej, i szkoły binarnej. Centrum swych rozważań uczynił on twierdzenie, iż rdzeniem rywalizacji globalnej jest opozycja Ląd-Morze, gdzie krajom anglosaskim przypisana jest rola potęgi morskiej. Niewątpliwie głosi on – przyjętą z rosyjskiego eurazjatyzmu – tezę o cywilizacyjnej i geopolitycznej wyższości mocarstw kontynentalnych nad oceanicznymi. W konsekwencji też zamiast rzeczowej i konstruktywnej krytyki osi Paryż-Berlin-Moskwa, otrzymaliśmy tekst na temat mistyki przestrzeni i to na dodatek oderwany od istniejącej realnie rzeczywistości geopolitycznej.

Autor ma oczywiście prawo do wyrażania takich sądów w sferze poglądów, jednak po przeczytaniu całej rozprawy (i to kilkakrotnie) recenzent pragnie zadać jedno kluczowe pytanie: Dlaczego? Publicystyczny charakter książki bynajmniej nie zwalnia autora od obowiązku przeprowadzenia właściwego sobie „postępowania dowodowego”. Ostatecznie też trzeba przyznać, iż pracę czyta się stosunkowo dobrze, jest ona napisana prostym i przejrzystym językiem. Samo wydawnictwo zostało w miarę starannie przygotowane, zaś jakość rozprawki podnosi czytelność ikonografii. Tym niemniej, uwzględniając specyfikę tytułowego studium, recenzent ma niemałe wątpliwości, czy rzeczona praca stanowi swego rodzaju „intelektualną prowokację”, o czym autor nas rzeczowo informuje (s. 11-12), czy raczej propagandowy manifest odwołujący się do emocji i stereotypów z zakresu geopolityki.

W recenzowanej rozprawie recenzentowi ewidentnie zabrakło historii koncepcji Bloku Kontynentalnego. W przypisach brakuje także dokładniejszych odnośników, które pozwoliły na zweryfikowanie pewnych sądów autora. Ponadto nie doprecyzowano tu stosowanej terminologii (przykładowo autor nie rozróżnia imperium, polityki imperialnej i imperializmu). Jest ona pełna nieścisłości, lub przeinaczeń (np. o domniemanej agresji Gruzji w 2008 roku na Osetię Południową, która w myśl prawa międzynarodowego nawet do tego czasu była uznawana przez Rosję, za jej integralną część). Najsłabszą stroną recenzowanej pracy jest jednak sposób argumentacji i/lub sposób jej prezentacji. Ponadto trzeba w tym przypadku zaznaczyć, iż zasadniczo nie wnosi ona do polskiej dyskusji niczego nowego, gdyż – zdaniem recenzenta – autor sukcesywnie powiela tezy stworzone i formułowane przez rosyjskich geopolityków i „technologów władzy” takich jak Aleksander Dugin, Igor Panarin, Wadim Cymburski, Iwan Surkow, czy też Siergiej Markow. W konsekwencji praca też wydaje się niedopracowana zarówno pod względem metodologicznym, jak i faktograficznym, co można wytłumaczyć jedynie albo pośpiechem edytorskim, lub też chęcią zamanifestowania swej obecności „w głównym nurcie historii”.

Przeczytaj inne recenzje tej książki:

Marcin Domagała: Na drodze budowy Bloku Kontynentalnego

dr Radosław Domke: W stronę osi Paryż-Berlin-Moskwa

Witold Szirin Michałowski: Geopolityka elit Europy

dr Mateusz Piskorski: Którędy do celu?

Piotr A. Maciążek: „Ku Nowej Europie...” czyli geopolityczna wykładnia marksizmu

Łukasz Reszczyński: Trudna debata

Ronald Lasecki: Świt Wielkiej Europy

_____________________________________
1 L. Sykulski, Geopolityka: słownik terminologiczny, Warszawa 2009 – Recenzja: „Wrocławski Przegląd Międzynarodowy” 2009, nr 1-2, s. 83-85,
2 J. Potulski, Geopolityka w świecie ponowoczesnym, Częstochowa 2011, s. 23-43.
3 H. Mackinder, Geograficzna oś historii, opr. R. Potocki, Częstochowa 2009.
4 L. Gumilow, Dzieje dawnych Turków, Warszawa 1972; Idem, Śladami cywilizacji Wielkiego Stepu, Warszawa 2004.
5 N. Ferguson, Imperium: Jak Wielka Brytania zbudowała nowoczesny świat, Warszawa 2007; J. Mathiex, Wielkie cywilizacje: Rozkwit i upadek imperiów, Warszawa 2008, . 647-715..
6 R. Potocki, Brytyjska polityka równowagi, [w:] Encyklopedia „Białych Plam”, t. III, red. A. Winiarczyk, Radom 2000, s. 194-200.
7 N. Ferguson, Kolos: Cena amerykańskiego imperium, Warszawa 2010, s. 61-251.
8 J. Fenby, Alianci: Stalin, Roosevelt, Churchill. Tajne rozgrywki zwycięzców II wojny światowej, Kraków 2007; L. Picknet i inni, Od własnej kuli: Tajna wojna między aliantami, Warszawa 2007.
9 J. Nye, The Future of Power, New York 2011; P. Khanna, How to Run the World: Charting a Course to the Next Renaissance, New York 2011.
10 R. Zięba, Unia Europejska jako aktor stosunków międzynarodowych, Warszawa 2003; Idem, Unia Europejska, [w:] Międzynarodowe Stosunki Polityczne, red. M. Pietraś, Lublin 2007, s. 119-137.
11 T. Gabiś, Gry imperialne, Kraków 2008; J. Zielonka, Europa jako imperium: Nowe spojrzenie na Unię Europejską, Warszawa 2008; U. Beck, E. Grande, Europa kosmopolityczna: Społeczeństwo i polityka w drugiej nowoczesnośći, Warszawa 2008.
12 T. G. Gross, Europa na rozdrożu, Warszawa 2008, s. 27-97.
13 A. Szeptycki, Francja czy Europa? Dziedzictwo generała de Gaulle’a w polityce zagranicznej V Republiki, Warszawa 2005, Idem, Francuskie koncepcje Unii Europejskiej, [w:] Unia Europejska – nowy typ wspólnoty międzynarodowej, red. E. Haliżak, S. Parzymies, Warszawa 2002, s. 142-173.
14 K. Kubiak, Gaz łupkowy – kontekst międzynarodowy, „Raport” 2011, nr 3, s. 52-59.
15 Ibidem, s. 58.
16 R. Kuźniar, Europejski problem Rosji, „Nowa Europa Wschodnia” 2010, nr 6/XIV, s. 16-23.
17 M. Leonard, N. Popescu, Rachunek sił w stosunkach Unia Europejska – Rosja, Fundacja Stefana Batorego, Londyn-Warszawa 2008.
18 I. Krastew, M. Leonard, Widmo Europy wielobiegunowej, Fundacja Stefana Batorego, Londyn-Warszawa 2011, s. 47.
19 Ibidem.
20 M. Leonard, N. Popescu, op.cit., s. 21.
21 K. Kubiak, Interesy i spory państw w Arktyce, Wrocław 2009, s. 141-142.
22 A. Curanović, Aktywność Federacji rosyjskiej w regionie Arktyki w kontekście rywalizacji mocarstw, Lublin 2010, s. 45-46.
23 N. Popescu, A. Wilson, Polityka Unii Europejskiej i Rosji wobec wspólnych sąsiadów, Fundacja Stefana Batorego, Londyn-Warszawa 2010; B. Piskorska, Wymiar Wschodni Unii Europejskiej, Toruń 2009.
24 T. Kapuśniak, Ukraina jako obszar wpływów międzynarodowych po zimnej wojnie, Lublin 2008.
25 Idem, Wpływ Federacji Rosyjskiej na Ukrainę: instrumenty polityczne i ekonomiczne, Lublin 2007; N. Szapowałowa, Strategia penetracyjna Federacji Rosyjskiej wobec Ukrainy, Lublin 2006.
26 A. Portnow, Nowa Europa jako strefa „uprzywilejowanych interesów” Rosji? „Arcana” 2010, nr 6/96, s. 34-38.

Czytany 13436 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04