niedziela, 20 grudzień 2009 07:44

Konrad Kostrzewa: Następne 100 lat

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

 

alt Konrad Kostrzewa

Recenzja: George Friedman, Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek, AMF Plus Group, Warszawa 2009, s. 287.

Wizja mocarstwa nad Wisłą? Przepowiednia „złotego wieku Ameryki"? A może po prostu zawoalowana próba ukierunkowania bieżącej polityki sojuszników USA?

 

Wybitny włoski politolog, członek rady naukowej czasopisma poświęconego geopolityce „Limes" i były doradca do spraw wojskowych prezydenta Włoch, Carlo Jean napisał kiedyś, że prognozowanie wydarzeń politycznych w perspektywie dalszej niż dwadzieścia lat obarczone jest tak wielkim ryzykiem błędu, że trudno sobie wyobrazić poważnego geopolityka, gotowego podjąć się takiego zadania.

Nie chodzi tu tylko o możliwość błędnego przewidzenia pojedynczych wydarzeń. Problemem, przed jakim stają przewidywania, snute na dłużej niż dwadzieścia lat w przód, jest przewartościowanie lub wygaśniecie procesów, na których są one oparte. Ten, kto odważyłby się przewidzieć w 1970 roku sytuację na świecie w roku 1989 lub, jeszcze lepiej w 1900 roku sytuację z roku 1920 musiałby być wróżką a nie naukowcem.

A jednak... George Friedman już w pierwszym zdaniu swej książki „Następne 100 lat" zapewnia, że nie jest wróżką. Co więcej, posługuje się on następnie dwudziestoletnimi paralelizmami by wykazać, że w ciągu dwu kolejnych dekad dwudziestego stulecia świat zmieniał się w sposób, który naprawdę ciężko byłoby przewidzieć. I dalej, zarówno we wstępie jak i zakończeniu swej książki, podkreśla, że aby opisać to, co czeka nas w XXI stuleciu należy wyjść poza ramy tego, co poważni naukowcy określają mianem zdrowego rozsądku. W podsumowaniu książki wprost pisze, że: „najbardziej praktycznym sposobem wyobrażania sobie przyszłości jest kwestionowanie tego, co oczekiwane." Dlaczego zatem naukowiec, były pracownik wywiadu i szef jednej z najbardziej znanych i poważanych międzynarodowych agencji analitycznych reklamuje swoje dzieło za pomocą antyracjonalnych argumentów i języka godnego „Dzieł zebranych Nostradamusa i Sybilli", wydanych jako dodatek do gazety „Fakt"? Czy samo dzieło też należy traktować w tej konwencji?

Podpowiedzią w tej kwestii może być rzut oka na osobę Friedmana. Były pracownik CIA, mieszkaniec Austin w Teksasie, ojciec czwórki dzieci, z których dwoje służy w siłach zbrojnych USA i węgierski żyd z pochodzenia jest po prostu... bardzo dobrym sprzedawcą. Aby się co do tego ostatecznie upewnić, wystarczy się zarejestrować na stronie jego agencji: Stratfor (od strategic forecasting,), która ma renomę jednego z najpoważniejszych i najczęściej cytowanych prywatnych ośrodków analitycznych i wywiadowczych w świecie anglosaskim. W ciągu dwu tygodni będą nas zalewały oferty otrzymywania kolejnych analiz i prognoz na >>jeszcze bardziej promocyjnych warunkach<<. I ta aura - rodem z podręczników marketingu oraz rozrywkowych portali internetowych - przynosi skutek! Wystarczy tylko spojrzeć na artykuły, recenzje a nawet całe dodatki poświęcone dziełu Friedmana w polskich i zagranicznych gazetach oraz na portalach internetowych by powtórzyć za Kazikiem Staszewskim: „tak się robi historię"... i to nawet tę, która dopiero nastąpi!

W ten sposób doktor politologii i analityk z Austin promuje swoją wizję historii USA, obecną rolę tego kraju w światowej polityce - duża część książki jest poświęcona właśnie tym zagadnieniom - oraz prywatną, ale jakże zgodną z amerykańskimi interesami i tamtejszym sposobem postrzegania świata, projekcję świata w XXI wieku.

Czy pod tą marketingową politurą jest jednak coś wartościowego? Czy prognozy Friedmana to tylko pseudonaukowe wróżenie z fusów? Po przeczytaniu całej książki i skonfrontowaniu jej z innymi wypowiedziami Friedmana obie te tezy wydają się równie prawdopodobne. Jak by nie oceniać, jest jednak w jego twórczości coś, co uwodzi.

Jest bardzo wiele takich dzieł - od Biblii, Koranu i mitów greckich poprzez prace scholastyków, utwory renesansowych teoretyków polityki, później także Rousseau czy Smitha, aż po Marksa czy Nietzschego i pewnie dalej - które, myląc się w wielu kwestiach, upraszczając inne, lub po prostu wywołując kontrowersje, stają się jednak wybitnymi pomnikami ludzkiej refleksji. Nie to, żeby książkę Friedmana od razu do takich dzieł zaliczać. Ma ona jednak pewien walor, który czyni jej lekturę pożądaną i wręcz obowiązkową dla współczesnego myślenia o geopolityce.

Jest nim odwaga. Nie zależnie od pieniędzy i rozgłosu, jakie może przynieść autorowi owa publikacja, nie można odmówić dyrektorowi generalnemu Stratforu determinacji i dyscypliny intelektualnej, jakim daje on wyraz w swojej wizji świata XXI wieku. Jest to odwaga wyciągania wniosków z obserwowanych zjawisk a następnie, prognozowania jak owe wnioski przyczynią się do następnych wydarzeń a tamte do kolejnych i tak dalej... Jest to w reszcie odwaga, uzasadnionego naukowo, „obstawiania" tego, które z istotnych dziś zjawisk będą miały po pewnym czasie marginalne znaczenie, a które będą ciągle istotne. Przykładem niech będzie globalne ocieplenie. Friedman poświęca mu jedynie kilka zdań w zakończeniu, przypuszczając iż - wraz z, zauważalnym już dziś, zatrzymaniem eksplozji demograficznej, a następnie spadkiem populacji krajów uprzemysłowionych a także z dostępem do nowych źródeł energii- po prostu przestanie ono postępować. Nie można także odmówić książce precyzji i konsekwencji.

Friedman zapewnia, że kluczem do zrozumienia jego przewidywań i tym, co zasadniczo odróżnia jego dzieło od wróżb czy prostych analiz futurologicznych jest metoda naukowa, jaką udało mu się posiąść. Nie zdradza oczywiście szczegółów tej wiedzy ale można się domyśleć jej podstawowych założeń, wnioskując z następującego fragmentu rozdziału początkowego, traktującego o wieku XX:

„Gdybyśmy żyli na początku XX stulecia, nie dałoby się przewidzieć tych wydarzeń(...). Ale coś jednak można było przewidzieć i w istocie przewidziano. Było na przykład oczywiste, że zjednoczone w 1871 roku Niemcy są wielka potęgą w niepewnym położeniu (osaczone między Rosją a Francją) i pragną przebudować system europejski i światowy. (...) Choć trudno było przewidzieć czas i miejsce, wybuch wojny wydawał się prawdopodobny i wielu Europejczyków go przewidziało.

 

Najtrudniejszą część tego równania stanowiła prognoza, że będą to wojny aż tak wyniszczające i że po obu wojnach światowych Europa utraci swoje imperium. Znaleźli się jednak i tacy, zwłaszcza po wynalezieniu dynamitu, którzy przewidywali, iż wojna spowoduje katastrofalne zniszczenia. Gdyby przepowiednie dotyczące technologii połączono z przepowiedniami z dziedziny geopolityki, przewidziano by również spustoszenie Europy. W XIX wieku z pewnością prognozowano wzrost potęgi Stanów Zjednoczonych i Rosji. Alexis de Tocqueville i Friedrich Nietzsche przewidzieli przyszłe znaczenie tych krajów. A zatem na początku XX stulecia, przy zachowaniu dyscypliny i odrobinie szczęścia, dałoby się przewidzieć jego ogólne zarysy."

Jeśliby próbować streścić sedno książki Friedmana, wydaje się, że zacytowane wyżej zdania najlepiej się do tego nadają. Bo, wbrew temu co pisze się w gazetach i na portalach internetowych - w dodatkach typu: „Czy Polska będzie mocarstwem?" - nie sama wizja Polskiego miejsca w geopolityce XXI wieku, ani nawet wizja USA jako jedynego i niepokonanego na przestrzeni stulecia hegemona wydają się tu najbardziej istotne. I to nie zależnie od tego, jakim narodom lub państwom kibicujemy.


Friedman twierdzi, że rozwój procesów geopolitycznych i technologicznych nieodwołalnie wskazuje na to, że to Stany Zjednoczone będą dominowały gospodarczo i militarnie nad resztą świata, przynajmniej przez sto następnych lat (w wywiadach Friedman mówi, że, skoro Europa panowała nad światem przez pięćset lat, to i Stany też są do tego zdolne!). Przewidując rozkład Chin, w wyniku nierównomiernego rozwoju gospodarczego, oraz Rosji, poprzez zapaść demograficzną, autor „Następnych 100 lat" niejako „usuwa" Stanom Zjednoczonym kolejnych potencjalnych przeciwników. Jeśli dodać do tego prognozowane przez niego osłabienie pozycji Europy Zachodniej, spowodowane wzrostem nastrojów dekadenckich - Friedman postrzega Europę jako imperium w fazie schyłkowej - i ubytkiem demograficznym a także powolny, oraz pokojowo ukierunkowany wzrost potęgi takich państw, jak Indie, Brazylia czy Meksyk, otrzymamy obraz świata w XXI stuleciu, w którym brak będzie tylko jednej kategorii państw.

Japonia, Polska i Turcja, bo o nich mowa, maja się stać tygrysami XXI stulecia. Dzisiejsi sojusznicy USA, wzmacniani przez swego możnego protektora jeszcze w początku wieku, przysporzą mu potem nie lada kłopotów. Turcja i Japonia, których łupem stanie się osłabiony świat islamski i tereny oraz bogactwa naturalne dzisiejszej Rosji, zawiążą - w połowie stulecia - nieformalną koalicję, która będzie próbowała rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Do swych działań uda im się wciągnąć także tzw. „Starą" Europę, zwłaszcza Francję i Niemcy. Blokowi temu Amerykanie przeciwstawią koalicję swych sojuszników: Chin (sic!), osłabionych secesjonistycznymi dążeniami bogatych prowincji nadbrzeżnych i równie przerażonych japońską ekspansją, jak USA oraz Korei a także Polski, a ściślej Bloku Polskiego. Nasz kraj typuje bowiem Friedman jako lidera związku państw od Estonii po Chorwację, który, w odróżnieniu od Europy Zachodniej, będzie się cechował dynamizmem gospodarczym, militarnym oraz politycznym i wzmocni się dodatkowo po upadku Rosji. Starcie tych dwu bloków na Bałkanach i w Chinach, około roku 2050 ma być początkiem III Wojny Światowej.

Nie wdając się w bardzo ciekawe technologiczne szczegóły działań militarnych i nie opisując równie barwnej perspektywy gospodarczej świata w drugiej połowie XXI wieku, należy się uparcie dopytywać skąd prognoza tak dynamicznego wzrostu potęgi tych właśnie państw? Dla czego już w połowie obecnego stulecia mają się one stać potęgami na skalę globalną i to nie tylko gospodarczymi (jak Japonia czy nawet Turcja) ale i militarnymi?

Z lektury książki można odnieść wrażenie, że autor wybrał je w pewnej mierze drogą selekcji negatywnej. Spoglądając na dzisiejsze mocarstwa (przynajmniej te regionalne) czyli Chiny, Rosję i posiadający ogromny potencjał świat islamski, a następnie przewidując ich upadek, lub podporządkowanie interesom innych potęg, Friedman typuje następnie te kraje, które mogą i są w stanie skorzystać na takim obrocie spraw. Poważnym argumentem są tu względy historyczne, traktowane jednak przez Friedmana dość instrumentalnie. Jedną z podstawowych przesłanek dla powstania, mniej lub bardziej scentralizowanych, potęg: Japońskiej, Tureckiej czy Polskiej, jest fakt posiadania przez te państwa imperiów lub szerokich stref wpływów w dalszej lub bliższej przeszłości. Tradycja imperialna, sprzyjające okoliczności, pomoc, zwłaszcza technologiczno-militarna, USA (jaka była lub ma być udzielana każdemu z tych państw) ale przede wszystkim wola tych państw, oraz umiejętne wykorzystanie procesów demograficznych, mają je wynieść do rangi lokalnych mocarstw.

Nie wolno jednak pominąć innego istotnego czynnika, któremu Friedman przypisuje absolutną moc sprawczą większości istotnych wydarzeń XXI stulecia. Chodzi tu o wolę polityczną, czy raczej interes Stanów Zjednoczonych. Ponad jedna czwarta książki jest poświęcona historii, obecnym lub przyszłym działaniom USA. Sednem tego wykładu jest wskazanie iż dotychczasowy, jak i prognozowany rozwój ma predestynować ten kraj do roli światowego hegemona. Przytaczane następnie twarde dane: demograficzne, ekonomiczne, technologiczne i militarne w sposób nie zwykle sprawny, spójny i wiarygodny uzasadniają tę tezę.

Jej ekstrapolacja na system stosunków międzynarodowych w przyszłości jest po prostu następnym elementem tego samego wywodu. To wola Stanów Zjednoczonych sprawi, że na upadku Chin i Rosji zyskają Japonia, Polska i Turcja. W końcu to Stany Zjednoczone zantagonizują blok Polski z Turcją i to one zwyciężą w wojnie z sojuszem turecko-japońskim.

Friedman utrzymuje - od początku książki, aż po jej zakończenie - że uzasadnieniem tych niesamowitych kombinacji są nieubłagane prawa geopolityki i nowoczesne technologie. Targane odwiecznymi namiętnościami państwa i ich przywódcy będą zapełniały geopolityczną próżnię na jaką natrafią po osłabieniu lub rozpadzie Rosji, Chin i świata islamskiego. Konflikty, jakie się między nimi pojawią zostaną wykorzystane przez Stany Zjednoczone do utwierdzenia swej roli jedynego hegemona systemu światowego, podobnie jak wcześniejsza ekspansja tych państw pomoże Stanom Zjednoczonym pokonać mocarstwa i siły, które są ich obecnymi rywalami: Chiny, Rosję i świat islamski. W ten sposób USA staną się niejako realizatorem lub przynajmniej najważniejszym narzędziem prawideł geopolitycznego i technologicznego rozwoju, zmiksowanych umiejętnie w „metodzie" Friedmana.

Próba interpretacji

Podobieństwo roli „metody" Friedmana do idei „zeitgeistu" Hegla a następnie idei materializmu dialektycznego Marksa wydaje mi się tyleż prawdziwe, co mało istotne z polskiego punktu widzenia. Fakt stworzenie przez Friedmana jakiejś naukowej metody dla prognozowania wydarzeń z dziedziny geopolityki ma oczywiście swoje głębokie znaczenie i nawet jeśli ta „metoda" okaże się - podobnie jak dzieła Marksa - jedynie pseudonauką to jej rola może być ogromna. Raczej nie znajdzie się kraj, z USA włącznie, który zechce ideologie Friedmana uczynić „jedynie słuszną" i obowiązującą, nie grozi jej zatem tak drastyczna weryfikacja, jaka spotkała marksizm. Może ona jednak przysłużyć się do wspaniałego rozwoju myśli geopolitycznej. Wywołując wokół siebie zamieszanie, prowokując odpowiedzi, może się ta idea przysłużyć do zmian porównywalnych rozmiarami z powstaniem państwa opiekuńczego, czy stworzeniem katolickiej nauki społecznej, na które to wydarzenia wywarła idea marksistowska jakiś wpływ. Dla tego książkę „Następne 100 lat" powinno się potraktować jako dzieło wybitne i godne zainteresowania.


Uważam jednocześnie, że, w żadnym wypadku, nie wolno jest oprzeć polskich relacji ze Stanami Zjednoczonymi ani w ogóle jakichkolwiek polskich działań na wizji świata i Polski, zaprezentowanej w tym dziele. Co więcej jest ona dość dobrym instruktarzem dla Polski w rodzaju „czego nie należy robić" i to szczególnie w miejscu, w którym mówi ona o konfliktach rozpętywanych a potem, niejako planowo, przez Amerykę przegrywanych, jak Wietnam czy Irak. Friedman daje bowiem wgląd w cele amerykańskiej polityki względem Eurazji i jest to wizja dość smutna. Okazuje się bowiem, że najważniejszym celem USA jest niedopuszczenie, zgodnie z geopolityczną zasadą Mackindera, aby jakiekolwiek mocarstwo miało szansę zapanować całkowicie nad Eurazją. Sam ten fakt nie jest oczywiście żadną nowością, pisze o nim choćby Brzeziński w „Wielkiej Szachownicy". Istotne są jednak sposoby.

Autor „Następnych 100 lat" twierdzi bowiem że wszystkie, absolutnie wszystkie działania podejmowane w przeszłości, obecnie i w przyszłości przez Stany Zjednoczone ostatecznie dążą do, wymienionego wyżej, celu i to głównie metodą destabilizacji tego regionu. Z tej perspektywy: upadek komunizmu tak samo jak wojna w Wietnamie, Afganistanie, Iraku czy zapowiadana przez Friedmana III Wojna Światowa mają na celu nie dopuścić do tego by jakiekolwiek mocarstwo zapanowało nad Eurazją w sposób niepodważalny i mogący następnie zagrozić interesom USA, jakie wiążą się ściśle z kontrolowaniem żeglugi (a co za tym idzie handlu) na wszystkich oceanach świata. O ile jednak w przypadku walki z komunizmem takie postępowanie mogło być dla Polski, czy innych krajów naszego regionu, korzystne, o tyle walka z Islamem (który, według Friedmana miał szansę- rękami Talibów- stworzyć wielkie islamskie imperium, od Maroka, po Indonezję), warto zaznaczyć Islamem, a nie terroryzmem, jak głosi oficjalna doktryna USA, interesują Polskę w znacznie mniejszym stopniu. Tym bardziej uczynienie z Polski, czy bloku polskiego bufora lub po prostu kraju frontowego do walki najpierw z Rosją a potem Niemcami, Turcją, Japonią i nie wiadomo jeszcze kim, naprawdę nie prezentuje się jako urzeczywistnienie polskich marzeń o potędze. Tu nie chodzi o to, że realizacja amerykańskiej doktryny ma być ceną za wielkość Polski, tylko o to, że ta część świata - Europa od Odry po Don - ma się stać, podobnie jak wiele razy w przeszłości i na równi z regionem Kaukazu (zwłaszcza to porównanie powinno nam dać wiele do myślenia), czy Chinami, areną destabilizacji przyszłych wrogów USA.

W książce Friedmana zaatakowana Polska ma nie tylko otrzymać amerykańską pomoc militarną, odmiennie - co podkreśla autor wyraźnie - od sytuacji z 1939 roku ale i wsparcie technologiczne, tak iż polska gospodarka ma osiągnąć niezwykła dynamikę. W żadnym natomiast wypadku USA nie dopuszczą do pełnego zwycięstwa Polski, Chin, czy Korei nad Turkami czy Japończykami po to by utrzymywać destabilizację całego wielkiego regionu i umacniać tym samym swoją pozycję międzynarodową. W innym jednak miejscu Friedman pisze bez skrupułów, że nawet klęska w Iraku czy Afganistanie nie ma już żadnego znaczenia, bo Amerykanom już udało się „poróżnić kraje islamskie" i nie dopuścić do powstania imperium islamskiego. Podobne wnioski wysnuwa on z wojny Wietnamskiej. Oznacza to, że z punktu widzenia USA - przynajmniej w interpretacji Friedmana - istotny jest nie tyle wynik konfliktu, jaki Stany Zjednoczone prowokują ale sam zamęt, destabilizacja, które zmuszają zaangażowane strony do „zajmowania się sobą nawzajem a nie Stanami Zjednoczonymi".

Wydaje się, mimo wszystko, że książka Friedmana jest pewnym ukłonem w stronę dzisiejszych sojuszników Ameryki. Myślę, że jest ona obliczona na to, że kraje o średnim potencjale geopolitycznym, jak Japonia, Polska czy Turcja nie postrzegają swej polityki w kategoriach stuleci a - co najwyżej - dekad. Wizja rozpadu Rosji czy dezintegracji świata islamskiego i Chin ma być skierowaniem bieżących wysiłków tych państw na pomoc Stanom Zjednoczonym w zmaganiach z ich bieżącymi rywalami. W idealnym dla USA układzie, nie zależnie od tego, czy dalsze prognozy potraktują one jako prawdopodobne, czy nie, pewnie zgodzą się na współpracę z Amerykanami, wyciszając obawy opiniami w rodzaju „jakoś to później będzie". Jeśli nawet prognozy Friedmana, wykraczające poza rok 2030 są tylko futurologiczną zabawą, a jego „metoda" nie jest warta funta kłaków, to i tak książka jego autorstwa zachowuje dla Polski ogromny walor. Po pierwsze jako dowód pewnego zainteresowania Stanów Zjednoczonych ale nie Polską, tylko limitowaniem potęgi Rosji i celem, na jaki obliczona jest ta gra. Po drugie zaś, dając wgląd (nawet zakrzywiony, lub literacko przesadzony) w politykę Stanów Zjednoczonych, pozwala konstruować politykę wobec naszego wielkiego sojusznika bardziej świadomie. Najlepszym owocem jaki, moim zdaniem, może przynieść Polakom ta publikacja, byłoby upowszechnienie świadomości, że Stany Zjednoczone realizują przede wszystkim swoje własne interesy, a współpraca z nimi, choć cenna i pożądana, musi się z tym faktem liczyć.

Czytany 26256 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 20:20