piątek, 28 wrzesień 2012 08:20

Przemysław Benken: Integracja europejska w obliczu kryzysu

Oceń ten artykuł
(1 głos)

euflagi02  Przemysław Benken

W ostatnim czasie bardzo wiele mówi się o ekonomicznych uwarunkowaniach załamania gospodarczego w strefie euro, pomijając nie mniej ważny aspekt społeczny recesji, kluczowy dla dalszego rozwoju i funkcjonowania Wspólnot Europejskich. Tekst niniejszy, będący zbiorem refleksji autora, przynajmniej w minimalnym stopniu aspiruje do wypełnienia tej luki.

Korzenie Unii

Integracja europejska o charakterze zinstytucjonalizowanym, która doprowadziła do powstania Unii Europejskiej, genezę swą miała w tragicznych dla naszego kontynentu efektach dwóch wyniszczających go wojen światowych. Po roku 1945 głównym celem stało się zapobieżenie wybuchowi kolejnego konfliktu tej skali, którego rezultaty musiałby być jeszcze bardziej tragiczne niż wszystkie nieszczęścia z pierwszej połowy XX wieku razem wzięte. Trwały pokój zamierzano jednak budować w sposób zupełnie inny niż po 1918 roku, kiedy to zwycięzcy starali się maksymalnie upokorzyć przegranych i wzmocnić się ich kosztem. Upadek III Rzeszy spowodował odejście od powyższego, niezbyt skutecznego paradygmatu, na rzecz nowej polityki międzynarodowej na kontynencie europejskim, zorientowanej nie na rywalizację, wyścigi zbrojeń oraz tajną dyplomację, lecz wzajemną współpracę. Ojcowie Założyciele przyszłej UE wyznawali zasadę, że najbardziej rozwinięte państwa Europy Zachodniej mogą uniknąć stania się podmiotem agresji państw aspirujących do tego statusu wyłącznie poprzez dobrowolne, pokojowe podzielenie się z nimi swym bogactwem. Stopniowo można byłoby wówczas zapewnić zrównoważony, wysoki poziom rozwoju na całym kontynencie, tak, aby żadne państwo nie czuło się pokrzywdzone, bądź nie zazdrościło innym. Poprzez likwidację wielu sztucznych barier między krajami (swoboda przepływu ludzi, towarów i usług) państwa członkowskie miały jeszcze bardziej związać się ze sobą i maksymalnie korzystać z wielu owoców wspólnej integracji. Był to unikalny projekt w skali globu, który udało się wprowadzić w życie i który długo działał jak należy. Być może stało się tak dlatego, że Ojcowie Założyciele niezwykle cenili wartości chrześcijańskie (dwaj z nich, Alcide De Gasperi i Jean-Baptiste Nicole Robert Schuman, są kandydatami na świętych Kościoła Katolickiego). Na samym tylko przykładzie tych wielkich Europejczyków widać wyraźnie jak bardzo odmawianie UE korzeni chrześcijańskich jest bezpodstawne.

Społeczne źródło kryzysu

Problemy Wspólnot Europejskich zaczęły się w momencie, kiedy integracja z bardzo wzniosłej strefy wartości przeniesiona została na grunt pieniądza, który niestety całkowicie ją zdominował. Obecny kryzys UE jest niczym innym niż efektem skupienia się właśnie na ekonomicznym aspekcie integracji, który pozbawiony celu wyższego, stał się wartością samą w sobie. Być może wystarczała ona w okresie ogólnoświatowego entuzjazmu, związanego z „końcem historii” po roku 1989, lecz okazała się stanowczo zbyt słaba w okresie ostrego załamania gospodarczego. Zabrakło tym samym uniwersalnego spoiwa (ideologii), które umożliwiłoby poszczególnym krajom UE wspólną, skuteczną walkę z zagrożeniem. Zamiast tego doszły do głosu tłumione dotąd pod maską politycznej poprawności nacjonalizmy narodowe. Okazało się, iż w obliczu katastrofy finansowej państwa członkowskie nie są w stanie się porozumieć. Nie jest to dziwne, biorąc pod uwagę wspomniany prymat pieniądza, który sprawia, że kraje UE oceniają przedstawiane im „plany naprawcze” w kontekście wyłącznie własnych zysków i strat, a reformy podejmują dopiero w obliczu katastrofalnego stanu gospodarki, kiedy to nie mogą stawiać żadnych warunków. Praktycznie muszą wówczas poddać się dyktatowi tych partnerów, którzy są silniejsi i dysponują pieniądzem. W sytuacji ostrego kryzysu, nie dającego rozwiązać się zwyczajnymi środkami, nieuchronnym musiało stać się przejęcie roli liderów przez najsilniejsze gospodarczo państwa europejskie: Niemcy i Francję. Jako jedyne wydają się one rozporządzać wystarczająco dużymi siłami i środkami, by uratować istnienie UE w jakiejś akceptowalnej formie. Wymagać to będzie jednak decyzji bardzo radykalnych, często dotkliwych i sprzecznych z interesem narodowym wielu gorzej rozwiniętych państw. Już dzisiaj traktuje się je przedmiotowo, jako przysłowiowe piąte koła u wozów, które tylko spowalniają karawanę i powinny z tego tytułu zachować milczenie oraz gorliwie akceptować decyzje nieoficjalnego rządu europejskiego, obecnie formującego się za parawanem bezradnych wobec kryzysu instytucji europejskich. Najprawdopodobniej jednak instytucje te nie zostaną zlikwidowane ani nawet znacząco zreformowane. Kryzys pokazał jak bardzo niewielkie jest ich znaczenie i że nie będą one w stanie sprzeciwić się Paryżowi i Berlinowi, a ich istnienie jest bardzo pożądane, gdyż pozwala zachować cenną iluzję procedur demokratycznych oraz równości wszystkich państw. W rzeczywistości kluczowe decyzje zapadać będą w o wiele węższym gronie decydentów. Na dłuższą metę z pewnością nie zostanie to zaakceptowane przez średnie i mniejsze państwa UE, które zaczną domagać się większego wpływu na przyszłość Wspólnot Europejskich. Doprowadzi to do kolejnego kryzysu w obrębie UE, zakończonego być może jej rozpadem, o ile główni rozgrywający nie zdecydują się na podział. Podział już nie dobrobytu, lecz władzy.

Obecnie postulowane „zacieśnianie integracji” nie ma wiele wspólnego z poglądami Ojców Założycieli. Zamiast współpracy i wzajemnego dzielenia się bogactwem słyszy się raczej o wzmożonej kontroli, narzucaniu pewnych rozwiązań, daleko posuniętej ingerencji w sprawy wewnętrzne, karach dla nieposłusznych rządów. Podejście takie jest krótkowzroczne i sprawdzi się wyłącznie tak długo, jak długo liderzy będą w stanie przekupywać słabszych (względnie szantażować i zastraszać) swym europejskim pieniądzem, którego przyszłość nie jawi się w różowych barwach. Jeśli większość państw dojdzie do wniosku, że pozostawanie w UE jest rażąco sprzeczne z ich interesami ekonomicznymi – nic nie powstrzyma ich przed secesją, gdyż Zjednoczona Europa na własne życzenie zrezygnowała z jedynej ideologii, która mogłaby ją przed tym uchronić w imię wyższego celu. W świecie pieniądza to właśnie pieniądz odgrywa decydującą rolę i nie zmienią tego najbardziej nawet górnolotne nazwy rozdętych do granic możliwości instytucji unijnych oraz drogie kampanie społeczne. Nie pomoże promowanie równouprawnienia i wielokulturowości. Szczególnie widoczne stanie się to zapewne w przyszłym roku, będącym być może najtrudniejszym okresem dla strefy Euro. Wówczas okaże się jak bardzo obywatele bankrutujących państw wykażą swe przywiązanie do idei integracji europejskiej.

Polska na ratunek Euro

W ostatnim czasie na niezwykłą aktywność zdobyła się nasza dyplomacją, czyniąc pewne znaczące gesty, świadczące o chęci przyłączenia się do głównych rozgrywających UE, szykujących się już do utworzenia europejskiego dyrektoriatu. Ponieważ dzięki kreatywnej księgowości kolejnych ministrów finansów nasza sytuacja gospodarcza nie wygląda źle, są do takich aspiracji przesłanki, na które być może Francja i Niemcy, szukające wspólników do wprowadzania nowej wizji Europy, dadzą się nabrać.

Inna sprawa, że gdyby rząd już 4 lata temu zabrał się za obecnie postulowane reformy, to nierówność pozycji negocjacyjnych między Niemcami a Polską nie byłaby tak dramatyczna i przez to pozbawiająca nas dużych możliwości nacisku na partnerów. Czym niby możemy ich szachować? Jakie warunki może stawiać państwo, które zostało sprowadzony do roli producenta taniej żywności i dostarczania jeszcze tańszej siły roboczej? Państwo, w którym wszystkie niemal przedsiębiorstwa mające wartość zostały sprzedane, są w trakcie sprzedaży lub planuje się je sprzedać? Czy państwo, które niemal nie posiada już własnego sektora bankowego i ledwie jest w stanie odpierać ataki spekulacyjne na swą walutę (za cenę drenażu rezerw walutowych NBP) ma zatrzymać europejski kryzys? Chyba jedynie jako pionek Francji i Niemiec, które taką właśnie rolę dla nas zarezerwowały. Doprawdy trudno im się dziwić. Kanclerz Merkel i tak wykazuje wobec Polski dużo gestów dobrej woli, całkowicie zbędnych z merytorycznego punktu widzenia. Ciekawe jest, że w dobie kryzysu gospodarczego, zarówno w rządzie, jak i opozycji, najwięcej do powiedzenia mają osoby bez wiedzy ekonomicznej, które na ogół powtarzają formułki zasłyszane w TVN 24 Bussines, odwołują się do rozwiązań z pierwszej połowy XX wieku (Keynes), bądź też wypowiadają się kompletnie od rzeczy. Ludzie o tak niskim poziomie będą mogli jedynie przytakiwać lub obrażać się na propozycje niemiecko-francuskie, lecz nie wniosą do nich żadnej wartości dodanej.

Konkluzje

Załóżmy jednak, że 29 miliardów PLN, które Polska dołoży do bankrutów strefy Euro, spowoduje (wraz z innymi działaniami Francji i Niemiec) zażegnanie kryzysu i UE przetrwa. Co dalej? Wytworzy się wówczas to, co dotąd każdy polski rząd starał się zwalczać – Europa kilku prędkości. Zakładając najbardziej optymistyczne rozwiązanie – Polska trafi do grupy drugiej (o ile przyjmie Euro) lub trzeciej Pierwszą utworzy kilka najbogatszych państw UE, druga kraje strefy Euro, które zdołają uchronić się przed bankructwem, trzecia skupi resztę krajów strefy Euro i najbogatsze kraje spoza strefy, czwarta zapełnią najgorzej rozwinięte kraje UE poza strefą Euro, zaś piąta utworzą nowi członkowie UE. Jak taki kuriozalny twór będzie mógł funkcjonować? Na pewno nie na zasadach, które znamy w dniu dzisiejszym. Naturalnie dalej główną rolę będzie odgrywał pieniądz, zatem możliwe staną się nowe kryzysy i konflikty w obrębie UE, a także jej ostateczny podział. Nie będzie to niestety rozwiązanie korzystne dla kontynentu i Polski. Nasz kraj nic nie zyska, pozostawiony samotnie między Niemcami a Rosją. Przerabialiśmy to już wielokrotnie. Optymalnym rozwiązaniem byłby dla nas powrót do atmosfery integracji z okresu działalności Ojców Założycieli. Tylko czy jest to realne oraz jak do tego dążyć? Równie, jeśli nie o wiele bardziej prawdopodobny, wydaje się wszak scenariusz zakładający przynajmniej okresowy chaos i stagnację. UE trzeba ratować, lecz nie Europę pieniądza tylko Europę ducha. Moim zdaniem można to osiągnąć właśnie w okresie kryzysu, który w sposób naturalny daje możliwość odnowy moralnej bądź destrukcji. Być może pojawią się politycy o szerszych, prawdziwie europejskich horyzontach, których obecnie tak nam brakuje. Być może otrzymają oni wystarczająco silny mandat społeczny, aby przeciwstawić się wielkim, transnarodowym instytucjom finansowym i spekulantom. Podstawą relacji między państwami i społeczeństwami nie może być dłużej wyłącznie pieniądz, lecz kod moralny, oparty na wartościach chrześcijańskich, a przynajmniej ich nie negujący (jak ma to miejsce obecnie). Lewicowa inżynieria społeczna wykazała już dobitnie swą klęskę na tym polu. Większość ludzi odrzuca ją, nawet jeśli nie określa się mianem konserwatystów i wyznaje poglądy centrowe. Powyższy plan jest może nieco utopijny, ale historia pokazała, że możliwy. Bez niego nie uda się zbudować lepszej Europy, a można zaprzepaścić wszystkie dotychczasowe sukcesy. Żadna rzeczywistość nie jest nam dana raz na zawsze.


Tekst pochodzi z kwartalnika myśl.pl nr 23 (2/2012) mysl23

Czytany 5562 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04