środa, 24 czerwiec 2015 08:07

Thierry Meyssan: Arabska wojna domowa

Oceń ten artykuł
(8 głosów)

Thierry Meyssan

Pomijając strategie poszczególnych państw, społeczeństwo arabskie dzieli się obecnie na dwa obozy, nie zdefiniowane ani przez walkę klas, ani przez opór przeciwko Izraelowi, ani nawet przez wojny religijne. Konfrontacja, która aktualnie rozszerza się na cały świat arabski, pokazuje linię podziału społeczeństwa, jakiej nikt się nie spodziewał – punktem jest kwestia praw kobiet.

Zachód nagrodził oklaskami zarówno bombardowanie Jemenu przez Arabię Saudyjską (kwiecień 2015 r.), jak i zdobycie Idlibu przez Al-Ka’idę. Tymczasem Al-Ka’ida jest rzekomo organizacją terrorystyczną, nie tylko anty-saudyjską, ale i odpowiedzialną za zamachy z 11 września. Co więc stało się, że uczniowie Osamy bin Ladena nagle znów znaleźli się po stronie „bojowników o wolność”, jak w czasach walki przeciwko ZSRR w Afganistanie – czy chodzi o odebranie Idlibu Syrii Bashara Al-Asada?

Realia na miejscu niestety potwierdzają to, o czym pisałem już wcześniej: morderczy szał, który ogarnął całość świata arabskiego, nie ma nic wspólnego ani z walką klas, ani z podziałami ideologicznymi, ani też z przekonaniami religijnymi. Od czterech lat duża liczba osób zmienia zdanie i przenosi się z jednego obozu do drugiego. Sytuacja powoli się klaruje i uwidacznia się nowa linia podziału, z której zainteresowane strony nie zdają sobie sprawy.

W latach 1950’ świat arabski dzielił się na zwolenników Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. W latach 1990’ podział przebiegał między stronnikami i przeciwnikami Izraela. Ta logika interesów państwowych załamała się jednak z chwilą, kiedy George W. Bush i Dick Cheney nadali priorytet zyskowi kompanii naftowych. Obecnie zbieramy owoce polityki Baracka Obamy.

Mamy mianowicie do czynienia z wybuchem przemocy między zwolennikami poligamii a orędownikami praw kobiet. Monarchie arabskie oraz Bracia Muzułmańscy opowiadają się za społeczeństwem zdominowanym przez mężczyzn, podczas gdy Iran i jego sprzymierzeńcy stają w obronie nowego modelu społecznego, w którym i mężczyźni i kobiety sprawują kontrolę nad własną płodnością i są równi sobie w prawach. Można fakty obracać na wszystkie strony – jest to praktycznie jedyny punkt sporny wspólny dla obu stron.

Naprzeciwko siebie stają dwie wizje świata

Co łączy wszystkich tych, których Zachód obrał sobie za cel: Zin Al-Abidina Ben Alego (Tunezja), Hosniego Mubaraka (Egipt), Mu’ammara Al-Kaddafiego (Libia), Bashara Al-Asada (Syria), Nuriego al-Malikiego (Irak), Alego Salmana (Bahrajn) i Abdula Malika al-Hutiego (Jemen)? Nic – poza tym, że wszyscy zwalczali lub zwalczają poligamię. Co łączy tych, których wspiera Zachód, czyli państwa członkowskie Rady Współpracy Zatoki Perskiej i Braci Muzułmańskich? Wszyscy opowiadają się za wielożeństwem.

Dziś jest to jedyna linia podziału, przebiegająca przez cały świat arabski z wyjątkiem dwóch krajów – Iraku i Egiptu. W pierwszym przypadku Stany Zjednoczone nie dokonały jeszcze jasnego wyboru partnera: oficjalnie popierają Hajdara al-Abadiego w walce z Daeshem (Państwem Islamskim), ale prasa irańska i iracka wykazały już, że USA prowadzą podwójną grę, świadomie dostarczając Państwu Islamskiemu broni i zabijając żołnierzy irackich. W przypadku Egiptu kluczowe znaczenie ma wahanie prezydenta Abda al-Fattaha as-Sisiego między jego własną wizją, przychylną uznaniu praw kobiet, a wizją jego saudyjskiego sponsora, który skądinąd jest niezbędny gospodarce tego upadłego państwa.

Lata propagandy nałożyły nam na oczy klapki

Niesłusznie wydaje się nam, że zasady ubierania się w Iranie są równoznaczne tym w Arabii Saudyjskiej. Kobiety irańskie już w pierwszych latach Rewolucji islamskiej – czyli wcześniej, niż w większości krajów europejskich – otrzymały prawo do sprawowania kontroli nad własną płodnością. Na uczelniach wyższych jest ich znacznie więcej niż mężczyzn, zajmują też stanowiska kierownicze. W Arabii Saudyjskiej kobietom nie przysługują żadne prawa.

Niesłusznie wydaje się nam, że świat muzułmański dzieli się na sunnitów i szyitów, którzy toczą między sobą wojnę bez pardonu. Huti, wprawdzie reprezentujący większość mieszkańców Jemenu, nie mogliby opanować ani Sany, ani Adenu bez wsparcia sił sunnitów, stanowiących większość w tych miastach. Siły zbrojne Syryjskiej Republiki Arabskiej, wspieranej przez Iran przeciwko takfirystom, w 70% składają się z sunnitów.

Możemy nie dowierzać, kiedy na naszych oczach pierwszym aktem „rewolucji” tunezyjskiej, poprzedzającym wszelkie akty prawne, jest sprowadzenie z powrotem do kraju Raszida Ganusziego, Brata Muzułmanina, który tuż po wylądowaniu stawia postulat ponownej legalizacji wielożeństwa.

W osłupienie może nas wprawiać widok członków syryjskiej Partii Baas, odwracających się od Państwa, albo komunistów jemeńskich zwracających się przeciwko własnej partii i przyłączających się do Al-Ka’idy. Aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, wystarczy tylko przyjrzeć się ich rodzinom.

A co powiedzieć o zwycięzcach w Libii, ogłaszających ustanowienie szariatu?

Te zaskakujące przykłady nie należą do rzadkości, ale na pewno więcej jest przypadków przejścia z obozu prozachodniego do antyzachodniego.
Jak zawsze mocarstwa kolonialne sprzymierzyły się z siłami, które nie mogłyby zatriumfować bez ich pomocy – w tym przypadku są to zwolennicy porządku archaicznego. Na pewno Stany Zjednoczone nie przewidziały konsekwencji swoich wyborów. Ich stratedzy myśleli tylko o swoich interesach imperialistycznych w krótkiej perspektywie czasowej. Dziś usiłują jeszcze zapanować nad wybuchem przemocy, który sami sprowokowali, ale który ich przerósł, podobnie jak przerósł ludność, której dotyczy bezpośrednio.

Nikt nie da rady ugasić pożaru, który ogarnął świat arabski, ponieważ ogień ten zbyt szybko zmienił postać. Nikt też nie ucieknie od odpowiedzi na pytanie o prawa kobiet.

Produkcję przemysłową prezerwatyw uruchomiono na Zachodzie w 1884 roku, ale trzeba było dopiero epidemii AIDS 100 lat później, aby wszystkie państwa zachodnie pozwoliły na reklamę. Kapturek wynaleziono w 1880 r., wkładki domaciczne rozpowszechniły się w latach 1930’, a tabletki antykoncepcyjne pojawiły się na rynku w latach 1950’.

Panowanie nad płodnością dogłębnie przeobraziło życie par heteroseksualnych. Małżeństwo aranżowane, będące na Zachodzie normą aż do I wojny światowej, po II wojnie ustąpiło miejsca małżeństwu z miłości. W następstwie tego społeczeństwo zaakceptowało homoseksualizm, który przedtem określało mianem „przeciwnego naturze”, choć występuje on i u wszystkich poddanych obserwacji ssaków i u niektórych ptaków [1].

W ramach reakcji na wydarzenia majowe 1968 r., w społeczeństwach zachodnich, przyjmujących model „społeczeństwa konsumpcyjnego” rozpowszechnił się schemat rozwodów wielokrotnych. Już nie tylko kobiety, a obie płcie traktowane są, jak produkty, które się użytkuje, a następnie wyrzuca. Po raz pierwszy w historii ludzkości wielożeństwo stało się normą powszechną, choć jest ono rozłożone w czasie. Można mieć tyle żon i tylu mężów, ile tylko się da, pod warunkiem jednak, że związki te nie będą jednoczesne.

Jednocześnie feministki, które niegdyś walczyły o wyzwolenie kobiet, dziś często nawołują do zamknięcia ich w nowych ramach – tym razem w rolach męskich. Utrzymują, że obie płcie – przy wszystkich różnicach między nimi – są absolutnie identyczne i zaprzeczają istnieniu zjawiska interseksualizmu (w 1 przypadku na 700, osoby z żeńskimi narządami płciowymi nie są nosicielkami zestawu heterochromosomów XX, ale XXY; jedna kobieta na 20.000 ma zestaw heterochromosomów XY, rzekomo typowo męski) [2]. Ucieleśnieniem takiej wizji świata jest w Stanach Zjednoczonych orędowniczka feminizmu Hillary Clinton, która po otrzymaniu nominacji na sekretarza stanu wcieliła się także w rolę „zawiadowcy arabskiej wiosny”. Ideologia ta święci też triumfy we Francji wraz z Partią Socjalistyczną i jej koncepcjami „małżeństwa dla wszystkich” i „parytetu”. Podczas ostatnich wyborów żaden kandydat nie mógł wystąpić sam – musiał tworzyć wyborczy „dwumian” z innym obywatelem, o przeciwnej płci metrykalnej. Drogę, którą Zachód z trudem przeszedł w prawie dwa stulecia, świat arabski przebył w ciągu zaledwie jednego pokolenia.

Nawet jeżeli przyjmie się ogólnikowy podział, według którego Arabia Saudyjska to sunnici, a wokół Iranu grupują się pozostałe społeczności religijne islamu, i tak pozostanie nam wiele wyjątków, których decyzje można wytłumaczyć tylko na bazie ich stosunku do antykoncepcji.

W XIX w. kościoły chrześcijańskie gwałtownie sprzeciwiały się antykoncepcji. W 1958 r. papież Pius XII potępił pigułkę antykoncepcyjną. Tymczasem w 2015 r. papież Franciszek wychwala „odpowiedzialne rodzicielstwo” i krytykuje tych chrześcijan, którzy „mnożą się jak króliki”. Jeszcze niedawno Kościół katolicki nauczał, że homoseksualizm jest grzechem i stoi w sprzeczności z „planem Bożym” – tymczasem papież Franciszek dziś deklaruje, że nie jemu osądzać gejów.

Niemniej jednak ewolucja mentalności jeszcze się nie zakończyła, ponieważ wielu chrześcijan wciąż uważa, że aborcja w pierwszych tygodniach ciąży jest morderstwem, chociaż już święty Tomasz z Akwinu w XIII w. wykazywał, że kilkutygodniowy płód nie może być istotą ludzką. Poparcie, którego udzielili Daeshowi niektórzy młodzi muzułmanie Zachodu, świadczy o tym, że bitwa o „odpowiedzialne rodzicielstwo” w Europie jeszcze nie została wygrana.

Od czterech lat analizuję strategie różnych państw względem „wiosny arabskiej”, dziś jednak dochodzę do wniosku, że ludy nie słuchają już tych, którzy nimi manipulują. Ludzi napędza już inna siła, jeszcze większa, która bezwiednie nimi zawładnęła – siła, która ich rozkiełznuje.

Być może powinniśmy od nowa przeczytać własną historię przez pryzmat tego, co dziś dzieje się w świecie arabskim. Być może osłupielibyśmy, odkrywając, iż podczas II wojny światowej wśród Aliantów (w Zjednoczonym Królestwie, wolna Francji, Związku Radzieckim, Stanach Zjednoczonych) swoje wpływy rozszerzały ruchy feministyczne, a państwa dopuszczały kobiety do odpowiedzialnych stanowisk, jako że ich mężowie zginęli w walkach. Tymczasem państwa Osi (Niemcy, Włochy, Państwo Francuskie, Japonia) surowo egzekwowały zakaz antykoncepcji i mimo potrzeby upierały się przy trzymaniu kobiet z dala od wszelkiej odpowiedzialności.

Tłumaczenie: Jan Kobayashi
Fot. www.arabianbusiness.com
Źródło: Voltaire.net

________________________________________
[1] Trudność zagadnienia wynika z faktu, że przez całe wieki zachodni badacze nie definiowali seksualności zwierzęcej inaczej niż w kategoriach zachowań reprodukcyjnych, mimo że już Arystoteles opisywał pary homoseksualne wśród hien i kuropatw. Od lat 1990’ przeprowadzono jednak wiele badań, na ponad 1500 gatunkach. Jeśli weźmie się pod uwagę rytuał godowy, przywiązanie, życie w parze i wychowanie rodzinne, znajdzie się w tych badaniach wyniki całkiem odmienne od tych wcześniejszych (Biological Exuberance: Animal Homosexuality and Natural Diversity [Bujność biologii: homoseksualizm wśród zwierząt a naturalna różnorodność] Bruce Bagemihl, St. Martin’s Press (1999)). W 2006 r. Uniwersytet w Oslo zorganizował godną uwagi wystawę, zatytułowaną Against Nature ? - an exhibition on animal homosexuality [Wbrew Naturze? - wystawa o homoseksualizmie zwierząt], której celem było postawienie tego pytania na nowo. Prace te doprowadziły do ponownego otwarcia dyskusji na temat teorii naukowców, takich jak Joan Roughgarden, którzy proponują zastąpienie koncepcji „selekcji seksualnej” przez „selekcję społeczną” (Evolution’s Rainbow: Diversity, Gender and Sexuality in Nature and People [Tęcza ewolucji: różnorodność, płeć i seksualność w przyrodzie i wśród ludzi], University of California Press (2004)).
[2] Istnieje bardzo duża liczba przypadków osób, które z jednej strony posiadają biologiczne cechy charakterystyczne dla obu płci, tak że nie można z pewnością określić, jakiej są płci, a z drugiej – posiadają kariotyp, który nie odpowiada wyglądowi zewnętrznemu. Jedyną rzeczą pewną jest to, że niektórzy ludzie nie są ani mężczyznami, ani kobietami w ścisłym znaczeniu tych słów.

Czytany 4274 razy