niedziela, 01 czerwiec 2014 12:13

Rostisław Iszczenko: 9 tez o polityce Putina wobec Ukrainy

Oceń ten artykuł
(1 głos)

wputin_tezy  Rostisław Iszczenko

W ostatnim czasie będąc na portalach społecznościowych, otrzymuję wiele głosów w stylu „wszystko przepadło”, „Putin wszystkich sprzedał”, „Donbas padł”, „Departament Stanu wszystkich ograł”. Odpowiadam wszystkim piszącym jednocześnie, bo nie mogę tracić czasu na każdego z osobna. Nie jestem astrologiem, wróżką, ani wyrocznią. Przywykłem operować faktami. A co one mówią? Po pierwsze, jeśli Amerykanie na Ukrainie wszystko mieliby pod kontrolą, to nie rozniecaliby wojny domowej. Z ich punktu widzenia byłoby bardziej efektywnym posługiwać się całą Ukrainą jako taranem przeciwko Rosji. 

Skoro Amerykanie rozniecają wojnę domową, to znaczy, że nie liczą na zachowanie jednolitej i integralnej Ukrainy. Rumunia i Węgry otwarcie a Polska na razie skrycie zaczęły zerkać w kierunku utraconych na rzecz Ukrainy terytoriów. Czołowi politycy UE nieoficjalnie (ale tak, żeby to było zauważone) mówią o nieuchronności rozpadu Ukrainy i o gotowości Unii do udzielenia gwarancji jej zachodnim (ale tylko zachodnim) obwodom. Łatwo pojąć komu sugeruje się udzielić gwarancji pozostałym. A zwycięstwo kijowskiej junty to m.in. zachowanie terytorialnej integralności Ukrainy. To oznacza, że na zwycięstwo junty UE nie liczy. Czy w Waszyngtonie i Brukseli gorzej od nas oceniają sytuację, są gorzej poinformowani? Nie sądzę.

Po drugie, w ciągu 14,5 roku sprawowania władzy przez Władimira Putina ustaliłem (i według mnie, nie tylko ja, lecz i wielu rodzimych i zagranicznych obserwatorów) jego następujące cechy:

1. On niczego nie robi spontanicznie. Wszystkie jego kroki są skoordynowane i przemyślane. Bywa, że i z wieloletnim wyprzedzeniem. To nie znaczy, że W. Putin i jego ekipa nie popełniają błędów. Oni popełniają ich o wiele mniej niż ich oponenci (i ich błędy nie mają strategicznego charakteru), a na wojnie, w polityce i w szachach, jak wiadomo, wygrywa ten, kto popełnia mniejszą liczbę błędów i którego błędy nie mają katastrofalnego skutku.

2. W. Putin nierozerwalnie związał swój polityczny i osobisty los z odrodzeniem wielkości Rosji. Jest on z natury człowiekiem, który może się ugiąć, ustąpić, ale nigdy się nie poddaje i nie spuszcza z oczu swojego strategicznego celu. Jeśli dziś W. Putin walczy pod Stalingradem, to nie znaczy, że jutro nie wkroczy do Berlina.

3. Jest oczywiste, że utrata Ukrainy będzie oznaczała szybką destabilizację także i Rosji, z dużą szansą przejścia w katastroficznie błyskawiczny rozpad państwa. Sądzę, że to co jest jasne dla wszystkich, tym bardziej jest jasne dla W. Putina.

4. W żadnym wypadku bez rosyjskiej pomocy (nie tylko moralnej) nie doszłoby do powstania w Donbasie i nie przybrałoby ono tak powszechnego charakteru. To, że nie ma dowodów takiej pomocy, nie znaczy, że jej nie było. Po prostu ludzie potrafią pracować.

5. Po tym, jak Krym został przyłączony do Rosji, przyłączenie Południowego-Wschodu lub stworzenie tam rosyjskiego protektoratu stało się militarno-polityczną koniecznością. Militarną, ponieważ ze względu na swoje geograficzne położenie i ukształtowanie, Krym jest absolutnie nie do obrony bez kontroli nad jego macierzystym terytorium. Dla tego, żeby tylko kontrolować całą dogodną dla desantu głównych sił długość linii brzegowej, na Krymie należy skoncentrować zdecydowanie zbyt wielkie siły (nie mniej niż sto tysięcy ludzi). I to też nie wystarczy. Tylko w XX w. Krym czterokrotnie zajmowany był w krótkim czasie przez siły słabsze lub równie liczne jak te, którymi dysponowali obrońcy.

W 1920 r. Michaił Frunze zepchnął do morza 120-tysięczną armię Piotra Wrangla. W 1941 r. Erich von Manstein rozgromił na Krymie grupę radzieckich wojsk liczącą – według różnych danych – od 200 do 350 tys. ludzi. W 1942 r. tenże E. Manstein, walcząc na dwa fronty, rozgromił krymski front na półwyspie kerczeńskim i armię przymorską w Sewastopolu. Ogólna liczba rozgromionych przez niego wojsk wynosiła ponad 0,5 mln ludzi. Ale do tego momentu Niemcy nie mogli przeciwstawić się przeprowadzeniu kerczeńsko-teodoskiej operacji desantowej, połączeniu przyczółków i stworzeniu Frontu Krymskiego. Przy tym, ten pogrom przez E. Mansteina znacznie przewyższającej jego siły liczebnie i jakościowo (w sprzęcie wojskowym) grupy wojsk radzieckich, w warunkach walki na dwa fronty, świadczy o tym, że był to pierwszorzędny talent wojenny. Ale nawet on nie był w stanie powstrzymać desantu sił uderzeniowych na Krym. Na koniec, w 1944 r. 17. niemiecka armia, o liczebności 170-200 tys. ludzi, dotąd przez rok z powodzeniem broniąca się przed wielokrotnie przeważającymi liczebnie wojskami radzieckimi w Kubaniu, została piorunująco rozgromiona na Krymie przez równe liczebnie siły Armii Czerwonej od razu po tym, jak wojska radzieckie zajęły północną Taurydę. 

Polityczna konieczność destrukcji państwa ukraińskiego związana jest z tym, że żaden kijowski reżim nie uzna utraty Krymu. Z prawno-międzynarodowego punktu widzenia oznacza to, że pozycja Rosji pozostanie niepewna w historycznej perspektywie (Japonia ma o wiele mniejsze podstawy, aby pretendować do Wysp Kurylskich, a ile z nią problemów!). A w przypadku upadku tymczasowego państwa ukraińskiego zdecydowanie nieważne, czy powstaną na jego miejsce rosyjskie prowincje, mandatowe prowincje Rosji i UE, czy jakieś nowe twory państwowe – w każdym przypadku wszystko to będzie funkcjonowało już w nowej rzeczywistości politycznej  (z rosyjskim Krymem) i zmuszone będzie tę rzeczywistość uznać. A to oznacza, że nieuchronna jest nie tylko kontrola nad Południowym-Wschodem, ale i pochód na Kijów (inaczej junty nie da się przegnać). 

6. USA próbowały zmusić Rosję do wzięcia bezpośredniego udziału w konflikcie militarnym na terytorium Ukrainy. Celem tego było wbicie klina między Rosję i UE. Można było, oczywiście, plunąć na to i posłać wojska, ale geopolityczne koszty tego byłyby skrajnie wysokie. W. Putin podjął decyzję, że będzie dążył do osiągnięcia swoich celów poprzez wojnę domową na Ukrainie. Z punktu widzenia interesów obywateli Ukrainy (w tej liczbie i moich) to skrajnie nieprzyjemna decyzja. Z punktu widzenia państwowych interesów Rosji – logiczna. Poza tym mieści się w ramach tradycyjnej polityki W. Putina – on nigdy nie podejmuje decyzji spodziewanych przez oponentów. Nawet czołowi politycy i najbardziej utalentowani eksperci nie podejmują się przewidywać kroków W. Putina.

7. W świetle powyższego, przy całym szacunku dla liderów ruchu oporu w Donbasie, mam wątpliwości, czy W. Putin nie przewidział awaryjnych rozwiązań na wypadek nieoczekiwanej wolty Pawła Gubariewa, Igora Striełkowa (i innych) lub np. śmierci któregoś z nich, ich współpracowników lub ich wszystkich. Los mocarstwa, rezultat jego długofalowej polityki, nie może być uzależniony od jednego człowieka lub grupy ludzi. Rezultat takiej operacji, jaka ma teraz miejsce na Południowym-Wschodzie, musi być gwarantowany na różne sposoby. Stawka jest zbyt wysoka. Nie ma tu miejsca dla przypadku i improwizacji. Dlatego Donbas nie może upaść, dopóki tak nie zadecyduje W. Putin, a dla niego nie ma oczywiście żadnego sensu podejmowania takiej decyzji.

8. Negocjacje z Kijowem, Brukselą i Waszyngtonem o pokojowym uregulowaniu konfliktu nie są wykluczone, ale na razie stolice te nie są gotowe dać Rosji tego, czego one potrzebuje, a nawet nie mogą tego uczynić (czy Ołeksandr Turczynow pogodzi się z utratą Krymu, przystanie na federalizację, dwujęzyczność, neutralny status itd.? Przecież jego właśni bojówkarze go zabiją). Przy czym problem gazowy trzeba rozstrzygnąć do sierpnia, inaczej zimą Europa może doświadczyć ekonomicznego i politycznego kryzysu, którego UE już nie przeżyje. A przecież Rosji Unia potrzebna jest nie w roli ruiny, ogarniętej wojną domową (jak obecnie Ukraina), ale bardziej w roli partnera. Dlatego bardzo prawdopodobna jest możliwość militarnego rozwiązania ukraińskiego kryzysu drogą natarcia na Kijów armii Południowego-Wschodu. Jeśli Kijów zostanie wzięty, to należy zakładać, że Bruksela i Waszyngton będą w pełni skłonne do rozmów o ustanowieniu na Ukrainie linii demarkacyjnej  oddzielającej strefy odpowiedzialności Rosji i UE (właśnie UE, a nie USA i NATO) wzdłuż ukraińsko-polskiej granicy z 1939 r. W takim przypadku suwerenne państwo ukraińskie dość szybko zakończy swoją formalną egzystencję. W przypadku rozwoju wydarzeń według każdego innego scenariusza (np. juncie udało się utrzymać Kijów) likwidacja ukraińskiej państwowości rozciągnie się na dłuższy czas. UE może wówczas zetknąć się poważnymi problemami i nawet stracić Bałkany, ale Ukraina i tak zostanie zlikwidowana, ponieważ może ona istnieć tylko na koszt zewnętrznego finansowania. A teraz taniej będzie zapomnieć o istniejącym ukraińskim długu, w związku z likwidacją dłużnika, niż dawać mu dalej kredyty.

9. Patriotyczne wzmożenie w Rosji i momentalny wzrost notowań W. Putina, jako reakcja na efektywną politykę na odcinku ukraińskim, zmieni się w rozczarowanie, jeśli W. Putin pójdzie na nieuzasadnione ustępstwa. A ponieważ dotąd cała struktura władzy w Rosji i stabilność państwa trzyma się wyłącznie na autorytecie W. Putina. Utrata przez niego autorytetu będzie miała katastrofalne skutki nie tylko dla niego, ale i dla kraju. W związku z tym nie może on wyjść z ukraińskiego kryzysu inaczej niż jako jawny zwycięzca.

Te właśnie spostrzeżenia i obserwacje wywołują u mnie optymizm w kwestii strategicznego rozwiązania ukraińskiego kryzysu. Nakazują też przypuszczać, że przeleje się jeszcze wiele krwi i uprzedzić kolegów, by byli ostrożni  i w miarę możliwości nie narażali się, zwłaszcza w miastach opanowanych przez juntę (jak np. Kijów). A najlepiej w ogóle poszukać sobie jakiegoś zacisznego miejsca. W warunkach geopolitycznego starcia supermocarstw, pojedynczy bohater niczego nie zmieni. Nawet w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej podziemie tylko tam działało efektywnie, gdzie było powiązane z Moskwą i otrzymywało instrukcje z centrali.

Jeszcze raz powtórzę – nie jestem prorokiem, mogę się mylić, ale na razie rozwój wydarzeń układa się zgodnie z logiką opisanych powyżej procesów i prognoz. Wszystko ponad to, to emocje wywoływane tym, że każdy chce zwyciężyć przy jak najniższych stratach, bijąc się na cudzym terytorium i najlepiej wczoraj. Niestety, nie zawsze tak się udaje. Wróg napada tylko wtedy, gdy sądzi, że dostatecznie się przygotował, że z pewnością zwycięży, że jest silniejszy.

I jeszcze jedno – nie należy sądzić, że zwycięstwo jest przesądzone. Wróg też chce i może wygrać. Jeśli nasza przewaga byłaby oczywista, on by nie napadł. Dlatego W. Putin może podejmować nie tylko wcześniej zaplanowane, ale i wymuszone manewry. Nie jesteśmy ludźmi, którym on powierza swoje tajemnice, dlatego nie jesteśmy w stanie w pełni sensownie oceniać jego działań i kierujących nim motywów .

Znam dwóch dowódców w historii ludzkości, którzy nigdy nie ponieśli porażki – dwóch Aleksandrów: Macedońskiego i Suworowa. W. Putin może stać się trzecim (przy tym wygrywającym wojny zgodnie z maksymą Sun Zi: „Najlepszą wojną jest ta, która się nie zaczęła”). Ale może i nie stać się nim. Nawet Napoleon miał nie tylko Borodino (które bonapartyści dotąd uważają za jego zwycięstwo), ale i Waterloo, które także oni uznają za klęskę absolutną i katastrofalną. Tak więc będziemy mieli nadzieję na najlepsze i starali się pomóc W. Putinowi. Jak byśmy się do niego nie odnosili, dziś obiektywnie jesteśmy z nim w jednym okopie. I, doprawdy, ze wszelkich teoretycznie możliwych (znanych mi) głównodowodzących on jest najlepszy.

Tłum. Jacek C. Kamiński
Artykuł ukazał się 20 maja na portalu Agencji Informacyjnej REX: http://www.iarex.ru/articles/47970.html
Autor to znany kijowski politolog, prezes Centrum Analiz Systemowych i Prognozowania w Kijowie. Ekspert w dziedzinie zagranicznej i wewnętrznej polityki Ukrainy, stosunków ukraińsko-rosyjskich i technologii politycznych. W latach 2010-2014 doradca ministra edukacji i nauki Ukrainy Dmitrija Tabacznika.
Fot. foxnews.com

Czytany 3513 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04