piątek, 15 sierpień 2014 06:25

Eugeniusz Januła: Bitwa Warszawska - bez żadnych cudów

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

bitwa_warsz  dr Eugeniusz Januła

Wielka bitwa warszawska, jak zresztą każda operacja, stanowi wynik sumy błędów każdej ze stron. Strona rosyjska, bez wątpienia znacząco silniejsza, popełniła tych błędów więcej, a polska – potrafiła znakomicie te błędy wykorzystać...

Wojna polsko-bolszewicka zajmuje szczególne miejsce w naszej historiografii, tym samym myśli oraz tradycji politycznej. Jest symbolem determinacji bardzo młodego, dopiero tworzącego się, odrodzonego państwa polskiego zdolnego o własnych siłach odeprzeć bezpośrednie niebezpieczeństwo ze strony znacznie większego agresora. I od razu pierwsze sprostowanie ogólnego przekonania, dotyczącego znacznie większego, lecz też relatywnie słabego przeciwnika – Rosja trwała wówczas w stanie porewolucyjnego wielkiego kryzysu, co w niczym nie zmienia faktu, iż bitwę pod Warszawą zaliczono jako 18. z kolei starcie zbrojne decydujące o losach świata. Rzeczywiście gdyby wówczas wojska Michaiła Tuchaczewskiego przeszły przez terytorium Polski i dotarły do zrewoltowanych wówczas – i to bardzo – Niemiec, dzieje co najmniej Europy mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej…

Roman Dmowski i Józef Piłsudski – obaj wielcy politycy epoki I wojny światowej i początków okresu międzywojennego, reprezentowali zupełnie przeciwstawne koncepcje rozwiązań sytuacyjnych nowego państwa polskiego w aspekcie wschodnim. Jeżeli chodzi o zachód to R. Dmowski, wspólnie zresztą z Ignacym Paderewskim, wywalczył na Konferencji Wersalskiej a później Radzie Ambasadorów sporo [1]. Nie możemy przecież zapomnieć, że nie kto inny, jak Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii, chciało nas pozbawić całości Górnego Śląska, a nawet znacznej części Wielkopolski – rzekomo ze względów gospodarczych. Tak przynajmniej argumentował David Lloyd George – długoletni premier tego państwa.

Wschód natomiast pozostawał w koncepcji obu wielkich polskich polityków sprawą otwartą, ale na tym zgodność poglądów się zdecydowanie kończyła. R. Dmowski postulował natychmiastowy marsz, oczywiście militarny, na wschód i inkorporowanie możliwie wielu terenów. Jego koncepcja nawiązywała poniekąd do czasów wielkiej monarchii jagiellońskiej, tyle że mocno scentralizowanej i jednoznacznie narodowościowo polskiej. Jednak nie R. Dmowski, a J. Piłsudski miał znacznie więcej do powiedzenia w samym kraju. On też chciał maszerować na wschód, ale zdawał sobie równocześnie sprawę, iż Polska jest zbyt słaba, aby opanować Smoleńsk, Wilno, Dynenburg i Kijów [2]. Zakładał, że cel można osiągnąć w ramach federacji wschodnioeuropejskiej, w której główną rolę obok Polski odgrywać będzie Ukraina. Taka federacja mogłaby w miarę skutecznie przeciwstawić się imperialnym tendencjom Rosji.

Pod koniec I wojny światowej na wschodzie panował olbrzymi chaos. Formalnie Niemcy wygrali na tym terenie, zawierając z Rosją bardzo dla niej niekorzystny Pokój Brzeski (traktat z 3 marca 1918 r. zawarty pomiędzy Niemcami, Austro-Węgrami, Bułgarią i Imperium Osmańskim z jednej, a Rosją z drugiej strony, stanowiący o wycofaniu się tego ostatniego państwa z działań wojennych, zerwaniu współpracy z Ententą, praktycznego zrezygnowania z większości swych zachodnich ziem, w tym terenów wskrzeszonej Polski, oraz zobowiązujący do pełnej demobilizacji), ale ogólny wynik wojny był dla państw centralnych totalną klęską. Rosja po ich kapitulacji oczywiście traktat wypowiedziała. Tym niemniej trwała tam wojna domowa, trochę na zasadzie wszyscy ze wszystkimi. Dopiero po kilku miesiącach ukształtowała się sytuacja, w której to właśnie bolszewicy z Włodzimierzem Iliczem Ulianowem Leninem na czele zaczęli wyraźnie brać górę. W dalszym jednak ciągu w poszczególnych częściach tego wielkiego kraju siły białogwardyjskie wciąż stanowiły znaczącą siłę.

Po unieważnieniu przez Rosję Pokoju Brzeskiego i wycofaniu się resztek wojsk niemieckich, które tam dotąd stacjonowały, wojska rosyjskie podjęły operację o kryptonimie Wisła i rozpoczęły marsz na zachód. W grudniu 1918 r. „czerwoni” Rosjanie zajęli Mińsk, a w styczniu roku następnego Wilno i Kowno. 27 marca 1919 r. proklamowano powstanie Republiki Litewsko-Białoruskiej – oczywiście socjalistycznej [3]. Na początkowym etapie ich marszu, wojskom bolszewickim przeciwstawiać się mogły tylko polskie samorodne oddziały samoobrony. Ale to był dopiero początek…

5 lutego 1919 r. Polska zawarła umowę z wycofującą się z terenów wschodnich armią niemiecką, aby ta przepuściła przez kontrolowane przez siebie terytorium wojska polskie, które maszerowały na wschód. W tym samym miesiącu Polacy obsadzili linie Kobryń- Prużany. Było oczywistym, że muszą wejść w kontakt bojowy z Rosjanami. Doszło do tego po kilku dniach i w ten sposób casus belli zaistniał bez żadnego formalnego wypowiedzenia. Znamiennym jest sytuacja, że tym okresie konfliktu obaj przeciwnicy dysponowali bardzo słabymi siłami: armia polska dopiero się tworzyła, natomiast Rosjanie przede wszystkim zajęci byli wojną domową. W takiej sytuacji decydują śmiałość i inicjatywa, i tu bezwzględnie lepsi byli Polacy. W marcu polskie natarcie ruszyło naprzód i wkrótce wojska polskie osiągnęły linie Nowogródek-Baranowicze-Wilno. Toczyły się co prawda równoległe rozmowy pokojowe w Białowieży, ale były one od razu skazane na niepowodzenie [4].

Kolejna polska ofensywa w sierpniu 1919 r. wyprowadziła polskie wojska na linię rzeki Zbrucz, a na środkowym odcinku frontu Polacy zdobyli Mińsk. Tu nastąpiło samorodne zawieszenie broni, ponieważ J. Piłsudski, ze względów politycznych, przerwał działania wojenne. Chodziło o to, że pozwolił bolszewikom na rozbicie wojsk białogwardyjskich gen. Antona Denikina, który z kolei, chciał zbrojnie, przywrócić państwo carów z wchłonięciem terenów Polski włącznie. Natomiast równocześnie toczące się w Moskwie i Mikaszewiczach na Polesiu polsko-rosyjskie rozmowy pokojowe nie doprowadziły do żadnych pacyfistycznych rozwiązań. Armia Czerwona rozbiła siły A. Denikina, natomiast wojska polskie wyszły nad sławną z okresu wojen napoleońskich Berezynę [5]. W styczniu 1920 r. gen. Edward Rydz-Śmigły zdobył łotewski Dyneburg, zresztą na prośbę samego rządu łotewskiego. To był wstęp do decydującej fazy wojny. Wprawdzie zima, ze zrozumiałych względów, stanowiła kolejną pauzę operacyjną, ale obie strony gromadziły siły. Pierwsza uderzyła Polska. Na południowym odcinku frontu Polacy, 7 maja 1920 r. zdobyli Kijów, którego tak naprawdę silnie nie broniono. Podpisano konwencję z rządem ukraińskiego prezydenta i atamana Symona Petlury, a koncepcja J. Piłsudskiego tym samym zaczęła nabierać realnych kształtów. Rosjanie czekali tymczasem, aż I Armia Konna nadejdzie z Kaukazu, gdzie dotąd była zaangażowana w walkach. Była to na owe czasy potężna siła – 21 tys. nieźle wyszkolonych kawalerzystów, podzielonych na cztery dywizje. Pierwszą konną dowodził Siemion Budionny, samorodny talent wojskowy i późniejszy marszałek ZSRR. Jego komisarzem politycznym natomiast był nie kto inny, jak także późniejszy marszałek Kliment Woroszyłow. Jedną z dywizji dowodził Siemion Timoszenko, późniejszy, u początku II wojny światowej, ludowy komisarz obrony.

5 czerwca 1920 r. gwałtowne uderzenie pierwszej konnej przełamało front polski na zachód od Kijowa pod miejscowością Samhorodek. Zagrożeni okrążeniem Polacy musieli ewakuować stolicę Ukrainy, tym bardziej, iż szybko okazało się, że sojusznik ataman S. Petlura nie reprezentuje żadnej liczącej się siły politycznej, a jego oddziały wyspecjalizowane są wyłącznie w grabieżach i pacyfikacjach [6]. W ślad za pierwszą konną ruszył cały front dowodzony przez Aleksandra Jegorowa – także późniejszego, jednego z pięciu, marszałka ZSRR. Prócz pierwszej konnej dysponował on dwoma armiami, złożonymi głównie z piechoty. Komisarzem politycznym frontu a równocześnie ludowym/czyli ministrem ds. narodowości był u A. Jegorowa, Józef Stalin. Trzeba w tym miejscu od razu powiedzieć, że J. Stalin – prawdziwe nazwisko Dżugaszwilli – nieustannie mieszał i intrygował. W praktyce jednak to on, a nie A. Jegorow, dowodził frontem.

Główną operację przeprowadzał jednak dowódca frontu zachodniego M. Tuchaczewski. To jego wojska miały, jak burza – w bardzo szybkim tempie przejść przez Polskę, zdobyć Warszawę i podtrzymać rewolucję w Niemczech. M. Tuchaczewski dysponował czterema armiami, każda po ok. 40 tys. ludzi. Były to bardziej, operując współczesnymi pojęciami, korpusy, niemniej na ówczesne czasy siły potężne. Natomiast taran ofensywny M. Tuchaczewskiego stanowił 3. Korpus Kawaleryjski, dowodzony przez wojskowego i intelektualistę w jednej osobie Gaję Gaja, zwanego też czasem Gaj-Chanem. Ta licząca 12 tys. żołnierzy jednostka, posuwała się na północnym skrzydle frontu M. Tuchaczewskiego, a sam jej dowódca był jednym z najlepszych taktyków kawaleryjskich swoich czasów [7].

M. Tuchaczewski też był samorodnym talentem, chociaż w armii carskiej ukończył tylko szkołę junkrów. Natomiast strategiczny plan marszu przez Polskę opracował były carski pułkownik – następny z listy późniejszych marszałków ZSRR – Borys Szaposznikow. „Czerwoni” Rosjanie przejęli bowiem z byłej armii carskiej szereg liczących się wojskowych, z gen. Aleksiejem Brusiłowem na czele. U M. Tuchaczewskiego wszystkimi czterema armiami dowodzili także byli carscy pułkownicy. Był też oczywiście komisarz polityczny, niejaki Ivar Smilga. Jednak przy autokratycznym charakterze bolszewickiego dowódcy, który potęgowała postępująca choroba Basedowa (schorzenie tarczycy), komisarz nie miał po prostu nic do gadania. W ogóle z dowodzeniem po stronie rosyjskiej nie było najlepiej. Formalnie naczelne dowództwo spoczywało w rękach czołowego działacza ruchu bolszewickiego Lwa Kamieniewa, nie posiadającego jednakże w armii ani autorytetu, ani żadnej realnej władzy. Starał się on raczej dbać o zaopatrzenie frontów a nie faktycznie dowodzić działaniami zbrojnymi. Do bezpośredniego rozkazodawstwa wtrącał się permanentnie ludowy komisarz d.s. obrony – a prywatnie szwagier L. Kamieniewa – Lew Trocki (Bronstein). Z kolei M. Tuchaczewski i A. Jegorow nie znosili się nawzajem i komunikowali się zarówno z wodzem naczelnym, jak i między sobą w możliwie najmniejszym stopniu. Także łączność wojskowa była gorzej niż zła. Istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że polscy szyfranci czytali szyfry radzieckie [8]. Później zresztą, już w okresie samej operacji warszawskiej, zdobyczną radiostację Polacy użyli do zagłuszania jedynej pracującej radiostacji M. Tuchaczewskiego.

Niemniej M. Tuchaczewski szedł na zachód. Pierwsza linia polskiej obrony na rzece Niemen załamała się i to bardzo szybko. Usiłowano utworzyć nową na linii Bugu i Narwi, ale ta też została w pierwszych dniach sierpnia 1920 r. dość łatwo przełamana. Wojska polskie cofały się również na południu, gdzie kolejne linie obrony musiały być zwijane. Jednocześnie w miarę postępu na zachód, między wojskami frontów M. Tuchaczewskiego a A. Jegorowa rozwijała się coraz większa luka operacyjna. Częściowo tworzyły ją w sposób naturalny, błota poleskie, a częściowo brak współpracy między obu frontami. Naczelny dowódca L. Kamieniew rozkazał A. Jegorowowi wysłać konną armię S. Budionnego nad rzekę Wieprz. Była to naturalna decyzja, mająca na celu osłonę działań rosyjskich o punkcie ciężkości skoncentrowanych na północ od Warszawy. M. Tuchaczewski działał w przeświadczeniu, iż jego wojska od strony południowej są osłonięte przez tę jednostkę. Tymczasem A. Jegorow – czytaj: J. Stalin – skierował tę armię na Lwów. Marzyły mu się bowiem laury zdobywcy tego wielkiego miasta.

Po stronie polskiej, obok bezpośredniej walki, trwała mobilizacja ludzi i zasobów. Misję doradczą przysłała też Francja z gen. Maximem Weygandem na czele. 1 lipca premier Stanisław Grabski przekazał władzę wykonawczą Radzie Obrony Państwa. Wkrótce potem jego gabinet podał się do dymisji, a funkcję premiera przejął Wincenty Witos. 6 lipca J. Piłsudski, będący w coraz gorszym stanie psychicznym, wydał kolejny i chyba przedwczesny rozkaz o dalszym odwrocie na bezpośrednie przedpola Warszawy [9]. Z kolei 13 sierpnia rozpoczęły się ciężkie walki o Radzymin, który przechodził kilkukrotnie z rąk do rąk. Jednak i tu trzeba wyraźnie powiedzieć: strategia M. Tuchaczewskiego zmierzała do związania wojsk polskich walkami pod Warszawą, natomiast główne uderzenie planowane było na Północ od polskiej stolicy w okolicach Włocławka. Tam też operowała najsilniejsza część „czerwonych” sił zbrojnych, wsparta korpusem kawalerii Gaj-Chana.

Po stronie polskiej gen. Tadeusz Rozwadowski, szef sztabu generalnego, dostrzegł rozszerzającą się lukę między frontami M. Tuchaczewskiego i A. Jegorowa. Dowodzący postanowili zaryzykować. Z północy ściągnięto silną piątą armię gen. Władysława Sikorskiego, która 14 sierpnia uderzyła na 4. i 15. armie bolszewickie, operujące na przedpolach Warszawy. To gwałtownie przyhamowało Rosjan na przedpolach polskiej stolicy, ale na północy Gaj-Chan zaczął w rejonie Włocławka przeprawiać swój kawaleryjski korpus przez Wisłę. Z kolei nad Wieprzem, gdzie, dzięki rosyjskim błędom operacyjnym, zabrakło pierwszej armii konnej S. Budionnego, skoncentrowano w rosyjskiej luce operacyjnej, sześć stosunkowo słabych dywizji polskich. W czasie, kiedy M. Tuchaczewski starał się powstrzymać wojska W. Sikorskiego, ogałacając do reszty swoje południowe skrzydło z rezerw, właśnie z południa, znad Wieprza wyszło polskie głębokie uderzenie [10]. Ponieważ trafiło ono w zupełnie odsłonięte skrzydło i tyły wojsk M. Tuchaczewskiego, ten nie miał innego wyjścia, jak tylko wydać rozkaz do totalnego odwrotu. Rosjanie, począwszy od 16 sierpnia 1920 r. zaczęli się wycofywać, a odwrót – jak to często bywa w warunkach chaosu – zamienił się w totalną ucieczkę. Straty bolszewickie były duże: ok. 22 tys. zabitych i 65 tys. wziętych do niewoli.

Oczywiście dalsze działania, to już tylko sekwencja i epilog uprzednich zdarzeń. Wojska polskie, po serii mniejszych potyczek, znów poszły na wschód, w ślad za uciekającymi Rosjanami, u których nastąpiło zupełne rozprzężenie. Nie tylko M. Tuchaczewski, ale również A. Jegorow musieli się szybko wycofać, a pierwszy w odwrocie był nie kto inny, jak właśnie J. Stalin. Zwycięstwo ma zwykle wielu ojców. Do klęski nie chce się przyznać nikt. J. Piłsudski, niezupełnie zgodnie z prawdą, sobie przypisał całkowite zwycięstwo w tej bitwie. Tymczasem wszystkie dokumenty operacyjne są podpisane tylko przez szefa sztabu gen. T. Rozwadowskiego, który nie tracił w krytycznej sytuacji – w odróżnieniu od późniejszego Marszałka – zimnej krwi. Miał ponadto znacznie większą wiedzę wojskową niż człowiek, który dowodził dotychczas, tylko niepełną brygadą i był tam też bardziej komisarzem politycznym, niż rzeczywistym dowódcą. Wpływ na planowanie operacji wywarł też niewątpliwie francuski doradca gen. M. Weygand. Po stronie rosyjskiej natomiast M. Tuchaczewski i szereg pozostałych wojskowych jednoznacznie obciążyli za spowodowanie klęski właśnie J. Stalina. „Dziwnym” trafem wszyscy oni zginęli później w wielkich stalinowskich czystkach w latach 1937–40. L. Trocki, który też głośno w publicystyce obciążał J. Stalina za nieudaną wyprawę na zachód, w nieodległym czasie musiał opuścić, powstały formalnie w 1922 r., ZSRR. Będąc na emigracji w Meksyku został zamordowany z rozkazu J. Stalina. Natomiast kariery polityczne, jak również wojskowe, robili w epoce stalinowskiej typowi oportuniści. Tu wyróżniali się spośród innych szczególnie wspomniani już uprzednio K. Woroszyłów – człowiek prymitywny, z trudem dobrze piszący i czytający, ale przede bardzo inteligentny, lecz oceniany jako człowiek bez charakteru – B. Szaposznikow.

Wielka bitwa warszawska, jak zresztą każda operacja, stanowi wynik sumy błędów każdej ze stron. Strona rosyjska, bez wątpienia znacząco silniejsza, popełniła tych błędów więcej, a polska – i tu do dzisiaj nierozstrzygniętą pozostaje kwestia: T. Rozwadowski czy J. Piłsudski? – potrafili znakomicie te błędy wykorzystać. Nie można zapomnieć przy tym o znakomitej postawie gen. W. Sikorskiego, który wziął ciężar boju na własną armię w decydującym momencie. Ranga ostatecznego wyniku jest nie do przecenienia: ocalenie świeżo odrodzonej Polski i tak podstawy do jej dalszej egzystencji, jak zahamowanie rzeczywistego – czytaj: krwawego – rozprzestrzeniania się rewolucji bolszewickiej na terenie bardzo niestabilnej po I wojnie światowej Europy. Niemniej osiągnięty rezultat stanowił konsekwencję raczej chłodnej kalkulacji i znajomości rzemiosła wojennego, niż cudu. Tyle, że nie można nikomu zabronić głoszenia tego ostatniego. Cuda są rzecz jasna dla tych, którzy w nie wierzą i mogą przynieść wiele dobrego, ale wyłącznie w sytuacji, gdy wiara wnosi z siebie więcej niż tylko wypatrywanie interwencji sił nadprzyrodzonych na wezwanie. Gdy jednakże takiego nastawienia zabraknie, traci się poczucie odpowiedzialności za własne działania, wybory, za rozwój samoświadomości. Bo część społeczeństwa była – i niestety nadal jest – przekonana, że normalnością jest, iż aniołowie z nieba zrobią za nas wszystko. Złośliwi, aczkolwiek mądrzy, dopowiadają natomiast, że cudem będzie, jeżeli zrobią to sami Polacy...

Fot. twitchfilm.com

__________________________________________
1. I. Paderewski, Pamiętniki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996, T. 1, s. 89– 97.
2. J.  Piłsudski,  Pisma i rozkazy, Bellona, Warszawa 1999, T. 2, s. 341.
3. Historia Dyplomacji,  Praca zbiorowa, KiW, Warszawa 1981, T. III, s. 234 i nast.
4. Por.  J.  Marchlewski,  Pisma wybrane,  KiW, Warszawa 1972, T. 1, s. 129 i nast.  
5. G.  Żukow,  Wspomnienia i refleksje, MON, Warszawa 1977, s. 98.
6. H.  Zieliński,  Historia Polski 1918-1939, PWN, Warszawa 1970, s. 45–47.
7. M.  Tuchaczewski,  Pisma wybrane, MON, Warszawa 1978, T. 2, s. 35.
8. E.  Januła,  Cud nad Wisłą, „Trybuna” nr 148/1999.
9. H. Zielinski…, op. cit.,  s. 48.
10. M. Tuchaczewski…, op. cit., s. 39.

Czytany 6097 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04