czwartek, 29 styczeń 2015 06:13

Eugeniusz Januła: Afganistan – czy powtarza się kazus Wietnamu?

Oceń ten artykuł
(11 głosów)

dr Eugeniusz Januła

Kiedy ówczesny sekretarz stanu a jednocześnie doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa Henry Kissinger i wysokiej rangi północnowietnamski dyplomata i działacz państwowy Le Duc Tho, po żmudnych i długich rozmowach w Paryżu osiągnęli modus vivendi, światowej opinii publicznej wydawało się, że wreszcie w Wietnamie nastąpi pokój a tym samym napięcie między wschodem i zachodem spadnie o kilka poziomów. Takiemu sposobowi myślenia, sprzyjało też przyznanie obydwu wymienionym pokojowej nagrody Nobla.

Bardzo szybko okazało się, że strony konfliktu, czyli oba wtedy państwa wietnamskie, porozumienie paryskie traktują tylko jako swego rodzaju zasłonę dymną. Wietnam Północny w dalszym ciągu prowadził zintensyfikowane działania militarne, używając do tego swej regularnej armii a Wietnam Południowy nie pozostawał dłużny. Sytuacja była bardziej skomplikowana, ponieważ komunistyczny Wietnam prowadził swe militarne działania także w sąsiednich, znacznie słabszych państwach, czyli w Laosie i Kambodży [1].

Amerykanie, odchodząc z Wietnamu, pozostawili prezydentowi tego kraju generałowi Nguyenowi Van Thieu, duże ilości sprzętu wojennego w tym stosunkowo wiele samolotów i śmigłowców. Paradoksalne, ale biorąc pod uwagę potencjał tylko sił powietrznych, przewagę militarną posiadał po odejściu armii amerykańskiej właśnie Wietnam Południowy. Po stronie zachodniej uważano, że mniejsza liczebnie, ale lepiej wyposażona i wyszkolona armia południowowietnamska, właśnie dzięki przewadze w powietrzu da sobie radę z agresorem z północy. Tym bardziej, że armia Wietnamu Północnego poniosła w dotychczasowej wojnie olbrzymie straty. Nieudana „ofensywa Tet” praktycznie doprowadziła do unicestwienia Vietcongu jako liczącej się siły militarnej a jednocześnie bardzo przerzedziła szeregi armii Wietnamu Północnego.

To wszystko wyglądało na początku optymistycznie. Administracja prezydenta Richarda Nixona uważała, że w zasadzie Wietnam Południowy został ocalony, a z czasem rywalizacja przeniesie się na płaszczyznę ekonomiczną i socjalną, w której ze swym północnym sąsiadem kraj ten bez trudu wygra konkurencję. Te kalkulacje były oparte na poważnych przesłankach. Krótki, pierwszy okres po osiągnięciu porozumienia zdawał się wskazywać, że rzeczywiście w tym rejonie Azji może nie tyle nastąpi pokój, ile pewne uspokojenie sytuacji. Walki trwały co prawda dalej, ale właśnie w początkowej fazie południowowietnamskie lotnictwo okazywało się być czynnikiem decydującym i dość skutecznie paraliżowało ruchy wojsk północnego Wietnamu na lądzie [2]. Jednak kilka starć okazało się dla armii południowowietnamskiej niekorzystne i prezydent, a jednocześnie faktyczny naczelny dowódca Południa gen. N. V. Thieu, podjął fatalną i zupełnie przedwczesną decyzję o wojskowej i administracyjnej ewakuacji Centralnego Płaskowyżu. Należy dodać, że ten obszar stanowił około ¼ powierzchni całego kraju a jego znaczenie strategiczne było wręcz kapitalne [3]. Opuszczając ten obszar N. V. Thieu oddawał jednak faktycznie pod kontrolę przeciwnika już nie 25% a praktycznie 50% swego terytorium. Mowa tu także o praktycznie całym pograniczu Wietnamu Płd. z Laosem, które również stanęło otworem przed operującymi w tym kraju wojskami strony komunistycznej.

Być może N. V. Thieu sądził, że skupiając swe wojska w delcie Mekongu, czyli faktycznie na przedpolach Sajgonu, będzie tam mógł zadać znacząca klęskę wojskom strony północnej, które będą musiały operować w dużej odległości od swoich baz i linii zaopatrzenia. Możliwe, że planował, że w finale to jego armia ruszy z ofensywą na północ [4]. Jednak są to tylko rozważania. Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Wojska Wietnamu Północnego w ciągu kilku następnych miesięcy, co prawda za cenę kolejnych dużych strat, opanowały cały Wietnam Południowy wraz Sajgonem.  

* * *

Historia, aczkolwiek nie w szczegółach, lubi się powtarzać. Sytuacja w Wietnamie i Afganistanie nie jest zupełnie powtarzalna, ale na pewno porównywalna. Dobrze uzbrojony i wyposażony kontyngent, złożony z wojsk NATO i ANZUS przestał w zasadzie już w 2012 r. panować nad sytuacją polityczną w tym górzystym i pustynnym kraju. Talibowie, wraz z nadejściem wiosny 2012 r. przystąpili do ofensywy i z powodzeniem dla siebie ją kontynuowali. Wojska koalicyjne z dużym trudem starały się kontrolować miasta oraz główne szlaki transportowe. Spektakularnym sukcesem talibskich insurgentów był przeprowadzony w 2013 r., atak na więzienie w mieście Kandahar na zachodzie Afganistanu. Obiekt ten miał być bardzo dobrze strzeżony a przebywało w nim, oprócz innych więźniów, ok. 600 talibów. Wśród więzionych rebeliantów prawie 300, to byli przywódcy różnych szczebli. Wszyscy oni uciekli i natychmiast przystąpili do kontynuacji działań zbrojnych [5]. Na marginesie trzeba dodać, że spośród ok. 200 strażników, oczywiście też Afgańczyków, zginęło prawie 50, ale co ważne zaginęło dalszych 70. Można śmiało założyć, że prawie wszyscy zaginieni teraz walczą po talibskiej stronie.

Właśnie problem kolaboracji miejscowej ludności z talibami był wyzwaniem politycznym nr 1. Żołnierze NATO i innych wojsk sprzymierzonych z coraz większą niechęcią korzystali ze współpracy żołnierzy armii rządowej. Ta współpraca po prostu coraz bardziej wychodziła sprzymierzonym przysłowiowym bokiem. Armia rządowa Afganistanu, podobnie zresztą, jak policja, była i jest po pierwsze przesiąknięta korupcją. Jednak to w Afganistanie od wielu wieków jest normą. Gorszym czynnikiem jest natomiast sytuacja, że wielu żołnierzy a nawet wyższych oficerów tej armii współpracuje z talibami. Amerykanie, którzy mają już w bardzo świeżej historii podobne doświadczenia, porównują coraz częściej armię afgańską do armii południowowietnamskiej z okresu lat 1970’. Ten sam problem tj. daleko idącej kolaboracji z talibanatem występuje wśród policji państwowej i lokalnej, a także urzędników administracji rządowej. Władza prezydenta i zresztą cała centralna, okazuje się bardzo krucha. Faktycznie nie sięga nawet przysłowiowych rogatek Kabulu, bo talibowie i w stolicy coraz częściej przeprowadzają udane akcje terrorystyczne.

Analitycy niezbyt dawno przeprowadzili porównanie odnośnie radzieckiej wojskowej okupacji Afganistanu i obecnej. Ta komparatystyka wcale nie wyszła na korzyść sprzymierzonych.

Kiedy w 1979 r. Biuro Polityczne KC KPZR podjęło decyzję o przeprowadzeniu działań zbrojnych w Afganistanie, w kraju tym panował kompletny chaos. Prezydent Hafizullah Amin podjął współpracę z islamistami i rozpoczął prześladowania miejscowych komunistów. Przeprowadzono zatem szybki rajd batalionu radzieckiego Specnazu na pałac prezydencki. W rezultacie jego lokator zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. U władzy zainstalowano nowego prezydenta – Babraka Karmala, dotychczasowego ambasadora w Czechosłowacji [6]. W zasadzie nie trzeba uzasadniać, że ten nowy prezydent był raczej marionetką Moskwy niż miejscowym liderem. Do Afganistanu wmaszerowało przeliczeniowych 14 dywizji wojsk radzieckich. Zamiar był nadzwyczaj sprytny. Skierowano do Afganistanu dywizje złożone z Turkmenów, Uzbeków, Kazachów, Kirgizów itd. Liczono, że miejscowa ludność zacznie fraternizować się z pokrewnymi wiarą i nacją żołnierzami i tym samym sukces będzie zapewniony. Zjawisko fraternizacji rzeczywiście nastąpiło tyle, że to żołnierze Związku Radzieckiego zaczęli niemal masowo dezerterować do sił powstańczych. Musiano zatem w szybkim tempie wycofać jednostki złożone z kontyngentów azjatyckich i w to miejsce wprowadzić wojska składające się z Rosjan i Ukraińców. Tak też zrobiono i już w 1981 r. w Afganistanie nie tyle stacjonowało, ile brało udział w walkach 16 dywizji radzieckich. O powadze sytuacji militarnej w tym okresie może świadczyć fakt, że do Afganistanu wysłano najlepsze gwardyjskie, sztandarowe związki taktyczne takie, jak Kantemirowska Dywizja Pancerna, Tamańska Dywizja Zmechanizowana, Riazańska Dywizja Spadochronowa i 11 samodzielnych pułków Specnazu.

Te wojska walczyły bezpardonowo. Specnaz np. zwyczajowo nie brał jeńców, ale w tym momencie możliwość jakiejkolwiek współpracy z olbrzymią większością ludności przestała być możliwa. Afgańczycy po prostu walczyli z najeźdźcami, wyznającymi inną wiarę. Niektórzy eksperci twierdzą, że konieczność wysłania w 1979 r. wojsk do Afganistanu uratowała ówczesny świat od III wojny światowej w klasycznym układzie Układ Warszawski versus NATO.

Faktycznie wielkie manewry „Tarcza 76” były generalną próbą do wojny o Europę, bo według planu „Borys Godunow” ZSRR był skłonny błyskawicznymi działaniami zająć Zachodnią Europę z jej technologiami i wykształconym zasobem ludzkim po to, aby uratować swoją upadającą ekonomikę. Właśnie wydarzenia w Polsce i Afganistanie obiektywnie uniemożliwiły zrealizowanie takiego złowrogiego zamiaru [7]. Natomiast lata 1981–1984 w Afganistanie, to okres bardzo intensywnych i krwawych walk. Rosjanie walczyli na swój sposób, tzn. wprowadzali z reguły „cmentarny spokój”. Szacuje się, że w tym okresie zginęło ok. 900 tys. Afgańczyków – zarówno mudżahedinów, bo tak wówczas nazywano bojowników, jak i ludności cywilnej z oczywistą przewagą tej ostatniej grupy. Dokładniejszych danych nie sposób podać, bo przecież żadnych statystyk nigdy w tym kraju nikt nie prowadził. Po stronie radzieckiej zabitych zostało w tym okresie – wyłącznie 18 tys. żołnierzy, ale równocześnie ok. 42 tys. zostało rannych, w tym większość ciężko. To świadczy o intensywności walk.

Rosjanie, mimo że ich wojska, za wyjątkiem Specnazu i spadochroniarzy, były faktycznie, doktrynalnie sprzętowo i logistycznie przygotowane do zupełnie innej wojny – tej jaka miała toczyć się na równinach Europy, prawie zupełnie, przy bardzo poważnych stratach własnych, również moralnych spacyfikowały prawie do końca ten wiecznie zrewoltowany i walczący ze wszystkimi kraj. Wymieniono również zupełnie nieudolnego B. Karmala na znacznie bardziej sprawnego Mohammada Nadżibullaha. Jednak właśnie było to aż i tylko prawie. M. Nadżibulach zręcznymi pociągnięciami rzeczywiście zdobył sobie poparcie niektórych plemion afgańskich. Mimo, że sam był Pasztunem, wsparły go niektóre plemiona z północy kraju, którym zaproponował większy udział w sprawowaniu władzy, co w Afganistanie rozumiane jest jako dostęp do różnego rodzaju przywilejów i pieniędzy.

Do akcji wmieszali się jednak, co zupełnie zrozumiałe – Amerykanie, którym bardzo na rękę było wojskowe, a co za tym idzie również ekonomiczne zaangażowanie ZSRR w Afganistanie. Pentagon, poprzez struktury CIA, dostarczył mudżahedinom pociski przeciwlotnicze klasy „Stringer”. Instruktorzy amerykańscy wkrótce zaczęli uczyć mudżahedinów nieskomplikowanej zresztą obsługi tych rakiet. Wkrótce zarówno śmigłowce jak i nisko lecące samoloty radzieckie, które stanowiły główny atut militarny ZSRR w Afganistanie, zaczęły masowo spadać na ziemię w wyniku zestrzeleń.

Wsparcie z powietrza w zwalczaniu działań partyzanckich jest niezbędne. Rosjanie natomiast w wyniku użycia stringerów prawie przestali latać. Mudżahedini tym prostym i niedrogim sposobem złapali przysłowiowy „drugi oddech” i zintensyfikowali działania, będąc jednocześnie hojnie zasilani funduszami z dalekiej Ameryki i islamskimi ochotnikami z innych państw islamskich. Między nimi znajdował się wówczas mało jeszcze znany Osama bin Laden [8].

Mimo tej krucjaty islamistów i strumieni dolarów płynących do mudżahedinów, ZSRR militarnie wojnę prawie wygrał. Jednak na wojnie nie ma sytuacji „prawie” czy „nie do końca”. Sytuacja ekonomiczna wewnątrz ZSRR, z olbrzymimi przecież kosztami wojny, tendencje odśrodkowe w rozpadającym się Układzie Warszawskim i sytuacja w świecie zmusiły ówczesne supermocarstwo do wojskowej ewakuacji Afganistanu. Dziś ocenia się, że był to kolejny z serii błąd ekipy coraz bardziej niedołężnego Leonida Breżniewa, gdyż z pozycji ówczesnego ZSRR należało wojnę za wszelką cenę (również w liczbie zabitych) dokończyć, czyli po prostu militarnie wygrać. Tym bardziej, że reżim M. Nadżibullaha coraz lepiej dawał sobie radę, a o paradoksie rządowa armia również uzyskała sukcesywnie nadspodziewanie mocny potencjał i morale.

Talibowie, którzy kierowali się radykalną doktryną islamu, a którzy poprzez „pełzające” działania w ciągu kilku lat po wycofaniu się Rosjan bardzo skutecznie osłabili władzę centralną, przejęli faktycznie rządy w centralnym i wschodnim Afganistanie tj. w rejonach, gdzie narodowościowo dominowali Pasztuni. Natomiast w północnych i zachodnich częściach kraju, gdzie większość ludności stanowią Uzbecy, Turkmeni i Chazarowie, luźna koalicja określana, jako sojusz północny, dość skutecznie przeciwstawiła się fanatycznemu talibanatowi. Lata 1990’ to rozwój w odpowiedzi na procesy globalizacyjne wojującego islamu, nawiązującego w formule działań do średniowiecznych izmaelitów – assasynów.

Terroryzm, który dość skutecznie w warunkach współczesnego islamu zapoczątkowali Palestyńczycy, stał się naturalnym orężem całego wojującego i fanatycznego islamu. Rządzony przez talibów Afganistan stał się w zaistniałej sytuacji światową, chociaż nie jedyną, bazą rozbudowującej się bardzo szybko terrorystycznej Al-Kaidy. Fanatyczni mułłowie, którzy stanęli na czele afgańskiego ruchu talibów, udzielili swojego poparcia O. Bin Ladenowi. Symbolem ruchu ortodoksyjnego stał się jednooki mułła Omar, którego O. Bin Laden stał się najbliższym współpracownikiem i głównym doradcą.

Spokojne dotąd prowincje północno-wschodnie też już takimi nie są. Notuje się tam coraz więcej zamachów na przedstawicieli sil rządowych. W zamachach ginęli już nie tylko Amerykanie i Australijczycy, bo żołnierze tych państw operowali w najbardziej zagrożonych strefach, ale również Francuzi, Niemcy i Kanadyjczycy, których kontyngenty działały w strefach dotychczas uważanych za spokojne. Trwał długotrwały impas, bo znaczące powiększenie wojsk koalicji nie było już może niemożliwe, ale trudne. Wtedy już jednak kontyngent natowsko-anzusowski nabrałby charakteru wojsk okupacyjnych, czyli analogicznych, jakie mieli przed laty Rosjanie.

Niekorzystny obrót przybrał również bieg wydarzeń w sąsiednim Pakistanie. Prezydent Perwez Musharraf, uważany za ostoję i gwaranta stabilizacji swego kraju zapowiedział rychłe ustąpienie. Jego przeciwnicy byli na tyle silni, by praktycznie obalić prezydenta, ale nie by konstruktywnie rządzić. Pakistański wywiad wojskowy, który od wielu lat był swego rodzaju państwem w państwie, praktycznie już jawnie udzielał poparcia pusztuńskim i przyjezdnym islamistom. Nie robił tego bezinteresownie. Wysocy oficerowie tej instytucji bogacili się w dziwnie szybki sposób. Nie od dziś wiadomo, że ok. 10% wahabickich książąt z Arabii Saudyjskiej wspiera ekonomicznie Al-Kaidę oraz inne siatki islamistyczne. Król Abdullach, który do niedawna rządził tym naftowym krajem i klan braci Fahdów, reprezentowali kierunek zdecydowanie prozachodni, ale jednocześnie wahali się ruszyć któregoś spośród swoich bardzo licznych kuzynów. To mogłoby wywołać pucz innych książąt. Arabia Saudyjska, to kraj opierający się na bardzo kruchej równowadze wewnętrznej.

Wojska koalicji od wiosny 2012 r. zdecydowanie przegrywały. Z trudem utrzymywały nawet w dzień „teren, na w nocy wchodzi przeciwnik”. Wprawdzie kolejne zimy na spowodowały znaczące osłabienie ofensywy talibów, ale potem znów następowała wiosna i lato... Możliwości wygrania tej wojny, aczkolwiek tylko teoretycznie – były dwie. Jedna ta pozornie lepsza tj. pozyskać miejscową ludność, a druga to znacząco eskalować działania wojenne i prowadzić krwawe pacyfikacje terenu. Odpowiedź jest tylko pozornie prosta.

Ta pierwsza możliwość w praktyce zawodziła. Mimo, że kontyngent NATO w ramach działań CIMIC (pomoc dla ludności cywilnej) budował szkoły, ośrodki zdrowia, szpitale w miastach a nawet tak potrzebne w terenie, studnie artezyjskie, to poparcia ludności nie uzyskał. Owszem, Pasztuni są chętni, ale do brania dolarów w gotówce. Nie obiecując nic w zamian. Jest to zresztą zakorzeniony już oportunizm w tamtym rejonie, czyli zasada „bierz pieniądze i rób swoje”. Mowy polityków o tym, że trzeba rozwiązać konflikt narzędziami politycznymi, brzmią nader żałośnie. Tych narzędzi nie ma. Prawdopodobnie trzeba by zasypać cały południowy wschód Afganistanu przysłowiowymi dolarami. Z żadnym skutkiem zresztą [9]. Nic nie da także ewentualna kolejna zresztą zmiana afgańskiego rządu. Tym bardziej, że ostatnie wybory prezydenckie, trwające o paradoksie kilka miesięcy, nie wniosły praktycznie nic a rezultat jest taki, że obaj kandydaci odtrąbili swoje zwycięstwo po czym porozumieli się przynajmniej od strony formalnej, że podzielą się prezydenturą po połowie kadencji. Stąd po stronie koalicyjnej pozostało też postawienie tylko i wyłącznie na zwycięstwo wojskowe z możliwością przeniesienia działań na pakistańską stronę pogranicza, czyli tam gdzie mieszczą się bazy islamskich terrorystów. Eskalacja wojny może być jednak trudna. Pozostaje pytanie jak zachowa się Rosja?

Elity tego państwa nigdy nie zapomniały Amerykanom rakiet stringer... Również nie do przewidzenia są zachowania Pakistanu. Elity tego państwa nie mogą darować Barackowi Obamie i jego ekipie słynnego rajdu komandosów z Navy Seals praktycznie na przedmieścia swojej stolicy. Mowa tu oczywiście o akcji wyeliminowania O. Bin Ladena. Rząd Pakistanu mógł nie wiedzieć o miejscu jego pobytu, ale pakistański wywiad, wiedział na pewno i po prostu pomagał mu się ukrywać [10].

Impas w Afganistanie zatem trwa. Już za ok. 2,5 miesiąca nastąpi wiosna. Wtedy na pewno talibowie podejmą działania ofensywne. Okaże się wtedy czy armia rządowa, którą w dalszym ciągu szkolą instruktorzy NATO i ANZUS, reprezentuje jakąkolwiek wartość...

* * *

Pozostaje jeszcze nie najważniejszy dla całokształtu, ale dla nas jako strony polskiej dylemat. Mianowicie sytuacja i oceny działalności polskiego kontyngentu ekspedycyjnego. Na początku trzeba jasno powiedzieć, że była to wojna i straty były nieuniknione. Sytuacja nie byłaby zła, bo w końcowym odcinku trwania operacji Polacy odpowiadali za bardzo ważną prowincję Ghazni. Posiadali tam stosunkowo dużą wolę decyzyjną itd. Tyle, że kontrola tego obszaru wymagała większych sil niż praktycznie pojedyncza grupa brygadowa o składzie ok. 2200–2600 żołnierzy, w tym logistyka.

Praktycznie do działań bezpośrednich pozostawał jeden wzmocniony batalion. Co prawda Polska posiadała też na miejscu swoje śmigłowce zarówno bojowe Mi-24, jak i transportowe Mi-8 i Mi-17. Sprawdzały się w działaniach operacyjnych, również kołowe transportery opancerzone Rosomak. Można by oczywiście jeszcze długo wyliczać zalety polskiego sprzętu, jak też poziom wyszkolenia i zaangażowanie polskich żołnierzy.

Misja w Afganistanie, szczególnie jej druga odsłona od 2007 r., kiedy to polski kontyngent przejął odpowiedzialność za prowincję Ghazni, była dużym krokiem naprzód w porównaniu z poprzednią częścią, podczas  której nasz kontyngent tylko manewrował, a nieudolny i niewiele rozumiejący minister Aleksander Szczygło i niektórzy dorównujący mu intelektem generałowie bili brawo takim posunięciom. Pewnych sytuacji odwrócić jednak się nie da. Utraciliśmy wtedy de facto jeden z dwóch batalionów desantowo-szturmowych, przesadzając, z woli Amerykanów, typowych komandosów do przestarzałych już wersji Hummerów. Tym samym z komandosów uczyniono batalionem lekkiej piechoty, bo takiego właśnie potrzebowali Amerykanie i po to z całym cynizmem, darowali nam swoje znacząco przestarzałe pojazdy.

Drugi problem znany już od dawna. Polska tak naprawdę nie ma zmienników dla żołnierzy walczących w Afganistanie. Polska armia przeładowana jest urzędnikami w mundurach. W istotny sposób brakuje wyszkolonych żołnierzy z prawdziwego zdarzenia. Jednak najważniejszym problemem jest trauma Nangar Khel. Po tym incydencie nastąpiło kompletne załamanie się morale prawdziwych żołnierzy. Potraktowanie komandosów z Bielska, jak bandytów, to hańba i wielka czarna plama na obrazie wojska. Tu już nie tylko nieżyjący już minister powinien odpowiedzieć za tę prowokację, ale jego polityczni protektorzy. Polityka kadrowa i szereg posunięć organizacyjnych wyraźnie potwierdzały, że koncepcje względem sił zbrojnych były w tym okresie bardzo zawężone.

Na koniec można zaryzykować natomiast twierdzenie, że właśnie udział polskich sil zbrojnych w misji w Afganistanie w jakiś sposób uchronił nasze siły zbrojne przed zupełną degrengoladą. Polscy żołnierze bowiem musieli wykazać się w Afganistanie pełnym militarnym profesjonalizmem i określonym wysokim morale.

Fot. www.fitsnews.com

Wybrana literatura:
Guewara E. Che, Strategia i taktyka działań partyzanckich, KiW, Warszawa 1968.
Januła. E., Wojna sześciodniowa na Bliskim Wschodzie. Pierwsza wojna asymetryczna, „Zeszyty naukowe Politechniki Śląskiej”, Zeszyt 3/2008.
Kingston E. J., Kierowanie wojną, MON, Warszawa 1983.
Liddell Hart B. J., Strategia – działania pośrednie, MON, Warszawa 1959.
Wyposażenie i sprzęt Wojska Polskiego. Praca zbiorowa, Bellona, Warszawa 2010.
Siły Zbrojne RP. Informator multimedialny, Bellona, Warszawa 2014.

_____________________________________
1. Szerzej: Pham Xuan An Un, general del Sevicio Secreto, The Gioi Hanoi 2004, s. 49–53.
2. Van Thien Dung, Our Great Spring Victory, The Gioi Hanoi 2005.
3. Le Cao Dai, The Central Higlands, The Gidi Publisher City Of Ho Chi Minch 2008, s. 110-123.
4. Por. Dang Vu Hiep, Memory Tay Nguen, The Gioi Hanoi 2012.
5. „Newsweek” 23.07.2013.
6. E.  Januła, Rosjanie w Afganistanie, „Dziś” nr 4/2002.
7. E.  Januła, Tak miało być – scenariusz III wojny światowej, „Trybuna” Nr 98/1999.
8. „The Guardian” 23 11 2002.
9. E.  Januła, Afganistan – Przegrywamy, „Przegląd” Nr 34/2013.
10. Guarsian Comentary, 26.02.2014.

Czytany 9258 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 29 styczeń 2015 08:27