piątek, 30 maj 2014 14:03

Dariusz Dulaba: Kulisy kryzysu ukraińskiego?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

curtynka  Dariusz Dulaba

Wybory prezydenckie na Ukrainie wygrał z kretesem oligarcha Petro Poroszenko. Jego przewaga nad drugą kandydatką – Julią Tymoszenko była wprost druzgocąca. Jednak osłabiona i niepopularna od czasów Majdanu 2004 r. „pomarańczowa księżniczka” wywiera nadal przemożny wpływ na Gabinet Rady Ministrów Arsenija Jaceniuka. Prawdopodobnie będzie także chciała utrzymać swoje dotychczasowe wpływy polityczne, personalne i biznesowe. 

Te plany mogą jednak okazać się niewykonalne, jeśli potwierdzą się przypuszczenia niektórych, nie tylko ukraińskich, ekspertów, że prezydent-elekt zawarł już tajną umowę z Władimirem Putinem, na temat sposobów rozwiązania przedłużającego się kryzysu polityczno-militarnego,  i to wbrew woli sporej części społeczeństwa. W tej sytuacji nowe władze nie będą zbytnio zainteresowane ustaleniem, kto personalnie jest odpowiedzialny za zaistniały kryzys, chaos i postępujący rozkład struktur i instytucji państwa. Sprzyja temu brak silnej władzy porewolucyjnej i niespotykana dotychczas liczba pochopnych decyzji podjętych od czasu „przewrotu lutowego”. Ich zakres i częstotliwość przekroczyły stanowczo normę, do jakiej przywykli obywatele żyjący w państwach demokratycznych.

I. O co komu chodzi?

Nadszedł chyba moment, aby w sprawie kryzysu na Ukrainie zacząć porządkować fakty. Zdaniem większości analityków, obecna sytuacja ma swoje korzenie bardziej w decyzjach politycznych, aniżeli ekonomicznych. W przeciwnym wypadku, już dawno musiałaby nastąpić autokorekta rynku. Nierentowne firmy dawno musiałyby upaść, a Ukraina dużo wcześniej stanęłaby przed koniecznością wyboru nowego lidera – co z reguły oznacza skomplikowaną grę o wpływy pomiędzy różnymi graczami, politykami i grupami interesów, a nawet państwami. Pytanie więc nadal brzmi: Kto odpowiada za pogłębianie się chaosu? Zdaniem rosyjskich władz odpowiedź jest prosta – odpowiedzialność za wypadki ponosi Zachód. Szef dyplomacji FR Siergiej Ławrow uważa, że problemy zaczęły się w momencie, gdy Unia Europejska i Stany Zjednoczone, nie mogąc pogodzić się ze zgodną z prawem decyzją prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza o odłożeniu w czasie podpisania umowy stowarzyszeniowej „postanowiły oderwać Ukrainę od Rosji” (i dlatego wsparły EuroRewolucję na Majdanie). „Nie rozumiem, czym taka niewspółmierna reakcja Unii [Europejskiej] i wspierających ją Stanów Zjednoczonych była wywołana. Chyba tylko tym, że Unia postanowiła raz na zawsze oderwać Ukrainę od Rosji i postawić ją przed sztucznym wyborem: czy jest z Zachodem, czy z Rosją" – oświadczył S. Ławrow w wywiadzie dla telewizji kanał I – Teraz widzimy, co z tego wynikło”.

Natomiast sam prezydent Władimir Putin, przebywając w Brukseli, ostrzegł unijnych dyplomatów, że „Rosja nikomu niczego nie narzuca i jest gotowa do projektów integracyjnych […]  z Ukrainą, jeśli taka będzie wola strony ukraińskiej […]. Nikt nie powinien mieć złudzeń co do możliwości osiągnięcia przewagi militarnej nad Rosją. Nigdy do tego nie dopuścimy i odpowiemy na wszelkie wyzwania – tak polityczne, jak i technologiczne”. Przywódca FR przypomniał, że podpisany w Moskwie 17 grudnia 2013 r. przez niego i W. Janukowycza pakiet 14 strategicznych umów pozwalał właśnie uniknąć czarnego scenariusza na Ukrainie. Przypomnijmy, że „układ moskiewski” dotyczył takich zagadnień jak: (1) Zwolnienia z podatków i akcyzy niektórych towarów i usług (surowców, części, akcesoriów, usług i technologii) dostarczanych do ukraińskich producentów (zagwarantowanie miejsc pracy); (2) Zniesienia ograniczeń w handlu między Rosją i Ukrainą i zapewnienia swobody obrotu towarami ukraińskimi nie tylko na rynku rosyjskim, ale na całym obszarze całej Unii Celnej (Rosja, Białoruś, Kazachstan); (3) Przywrócenia na terenie Ukrainy seryjnej produkcji samolotów AN-124 i D-18 wraz z silnikami i ich obsługą; (4) Obniżki cen gazu z 400 USD do 268 USD za 1 tys. m3 (co ciekawe, tylko na kwartał, ale z możliwością przedłużenia); (5) Uruchomienia kredytu na sumę 15 mld USD; (6) Programu modernizacji ukraińskiej armii; (7) Ułatwienia obywatelom obu państw przekraczania granicy rosyjsko-ukraińskiej; (8) Współpracy w zakresie rozwoju nowoczesnych technologii, w tym również kosmicznych.

Zupełnie odmiennego zdania, w tym temacie, jest były wicepremier i minister finansów Ukrainy Wołodymyr Łanowy. Jego zdaniem kryzys na Ukrainie ma swoje źródło w polistategii  Kremla, zaś podpisany przez obydwu prezydentów układ tylko potwierdza, że Moskwa chciała w ten sposób zastopować geopolityczną reorientację Kijowa i proces europeizacji kraju. „Dlatego też przez wiele tygodni ukrywano go przed demonstrującymi na Majdanie i innych częściach kraju – przypomina polityk – Jedni powiedzą, że to tylko pożyczka pewnej sumy pieniędzy i kilka ważnych umów. Zapominają jednak, że konsekwencją jest uzależnienie od kredytu – na początek. Potem Moskwa będzie mogła dyktować nam swoje warunki”. Jego zdaniem, już wcześniej, tuż po dojściu W. Janukowycza do władzy w 2010 r. Rosja w niemal ekspresowym tempie przyspieszonym tempie doprowadziła do podpisania z Ukrainą umów gazowych, które doprowadziły do pogłębienia symetryzacji wzajemnych relacjach a następnie wsparła  represje wobec opozycji parlamentarnej z byłą premier J. Tymoszenko na czele. Kolejnym krokiem była próba skupienia wokół idei integracji eurazjatyckiej państw Europy Wschodniej, Kaukazu Południowego i Azji Środkowej. Tak powstała Unia Celna i Jednolity Obszar Ekonomiczny obejmujący Rosję, Białoruś i Kazachstan – lecz Ukraina do czasu EuroMajdanu w obawie przez reakcją społeczną i UE nadal kontynuowała politykę wielowektorowości. 

Nie wykluczone również, że prezydent W. Putin rzucił Wiktorowi Janukowyczowi i jego rodzinie „koło ratunkowe”, aby ten nadal mógł utrzymać się przy władzy. Do grona „familii” byłego szefa państwa zaliczają się bracia Serhij i Andrij Kłujewowie (ten ostatni był szefem administracji prezydenckiej), Andrij Portnow – zastępca i doradca prezydenta (pomysłodawca ustaw ograniczających wolność wypowiedzi i zgromadzeń z połowy stycznia), a także Wiktor Medwedczuk (uważany za rosyjskiego agenta wpływu i łącznika między prezydentami). U podstaw rosyjskiej decyzji leżały także słabe wyniki ukraińskiej gospodarki w okresie poprzedzającym wybuch EuroRewolucji – ekonomika skurczyła się o kolejne 1,5% (był to piąty z rzędu kwartał spadkowy). Do tego nastąpiło załamanie kursu hrywny wobec dolara, przez co gwałtownie zmalały rezerwy walutowe (agencje ratingowe Standard & Poor's oraz Moody's obniżyły wyceny ryzyka kredytowego do tzw. „poziomu śmieciowego”). Prawidłowość twierdzenia o dążeniach Rosji do uzależnienia Ukrainy i utrzymania jej w swojej strefie wpływów potwierdzają również nałożone w sierpniu 2013 r. przez Moskwę sankcje gospodarcze. Tylko w ciągu ostatniego półrocza, Moskwa kilkakrotnie podnosiła tę kwestię. Szef kolegium Euroazjatyckiej Komisji Gospodarczej Wiktor Christienko, w wywiadzie dla radiostacji Echo Moskwy ostrzegł, że jeśli Kijów podpisze umowę z Unią Europejską o strefie wolnego handlu, to Rosja obłoży ukraińskie towary 10% cłem. Ponadto wicepremier Dmitrij Rogozin zapowiedział, że będzie zmuszony wycofać część produkcji z Ukrainy i zakończyć współpracę w przemyśle kosmicznym i lotniczym, gdyż „Nie pozwolimy, aby najnowsze technologie znalazły się w rękach konkurencji”.

Dlatego – nie bez pewnej słuszności – trzeba odnotować wypowiedź Fiodora Łukianowa, redaktora naczelnego pisma „Rosja w Polityce Globalnej” – „Widać to na każdym kroku. W niektórych częściach Ukrainy brakuje odpowiednich zakładów, bo znajdują się na terytorium Rosji. Poza tym, niewiele się tu zmieniło od chwili ogłoszenia niepodległości. Komunistyczne gwiazdy do dziś wiszą na rządowych budynkach, szpitale, szkoły, posterunki milicji, nawet rury ciepłownicze, nie były remontowane od chwili rozpadu ZSRR.  Nawet ustrój administracyjny i problemy są te same. Minęło ponad dwadzieścia lat, a oni zorientowali się, że znajdują się dokładnie w tym samym miejscu”. W tej sytuacji „Trudno byłoby inaczej, skoro w administracji siedzą ci sami ludzie, którzy siedzieli w czasach ZSRR i czekają na łapówki – irytowała się mieszkanka Doniecka w rozmowie z autorem. Przyznaje, że boi się wojny i nie rozumie o co tu chodzi, chce tylko spokojnie żyć i mieć za co wykarmić rodzinę. To wszystko.

II. Eurazjatycka szachownica

Tymczasem Borys Szmielow, szef Katedry Stosunków Międzynarodowych Akademii Dyplomatycznej przy MSZ FR zwraca uwagę, że być może stawką w tej grze (geopolitycznej) nie jest wcale Ukraina. Przynajmniej nie tą najważniejszą – lecz Rosja. Ukraina jest tylko areną, na której potykają się giganci. „Nie można wykluczyć, że realizowany jest dawno przygotowany scenariusz, który jest identyczny ze scenariuszami wszystkich ‘wiosen’ i ‘kolorowych rewolucji’. Budowali go zresztą ci sami ludzie, mieszkający na Zachodzie” – sugeruje internacjolog. Przy okazji wytyka USA i UE olbrzymią hipokryzję: „Już kilka lat temu ustami premiera W. Putina zadeklarowaliśmy, że jeśli Kosowo zostanie uznane, będzie to miało uniwersalne konsekwencje. I, że będziemy zmuszeni uznać Abchazję i Osetię Południową. I tak się stało. Bez precedensu Kosowa nie doszłoby również do aneksji Krymu […]. Kiedy Rosja mówi, że zarówno Ukraina potrzebuje Rosji, jak i Rosja potrzebuje Ukrainy, gdyż są ze sobą od dziesięcioleci ściśle powiązane, to tak jest”. Kryzys ukraiński jest zatem jedynie „zasłoną dymną” poza którą toczy się walka o nowy ład globalny. Stronie rosyjskiej chodzi przede wszystkim o osłabienie potęgi USA, awans do roli mocarstwa światowego i zapoczątkowanie pluralizmu geopolitycznego, zaś z perspektywy USA – o umocnienie porządku hegemonicznego oraz minimalizację kosztów „panowania imperialnego”. 

Nie można zatem wykluczyć, że najpoważniejsi analitycy i doradcy geopolityczni Władimira Putina uznali, że teraz nadszedł ten najdogodniejszy moment, by przełamać amerykańską dominację na świecie i ziścić „sen” znanego rosyjskiego politologa Iwana Iljina (1883-1954), który zauważył, że interrior eurazjatycki stanowi pewną zamkniętą całość, zjednoczoną wspólną historią i tradycją kulturową. Stąd wysnuł też wniosek, że obszar ten nie może funkcjonować jako konglomerat samodzielnych, suwerennych państw narodowych. Ukraina oczywiście ma prawo decydować, ile chce mieć rosyjskiego kapitału i kredytów oraz posiadać prawo robić interesy ze wszystkimi – Rosją, Unią Europejską, Japonią, Chinami, USA, etc. Jednak nasuwa się kluczowe pytanie: Co będzie, jeśli Rosja spacyfikuje obecny stan anarchii państwowej na Ukrainie? Co będzie, jeśli Kreml zechce przywrócić rządy autorytarne, kontrolowane w pełni i administrowane z Moskwy...?

Istnieje takie powiedzenie: „W naturze demokraty jest do końca czekać, a w naturze dyktatora – do końca korzystać”. George Friedman, założyciel Stratfor, jest zdania, że żadna wojna o Ukrainę nie wybuchnie. Rosja,  i tak, wcześniej czy później dostanie to, czego oczekuje od władz w Kijowie, zaś Unia Europejska nie zaryzykuje z tego powodu poważniejszego konfliktu na europejskim Wschodzie. Europa nie rzuci temu wyzwania, ponieważ nie ma szczerego zamiaru włączać tego państwa do swego klubu. Dla Moskwy kwestia ukraińska ma fundamentalne znaczenie obronne i strategiczne. Ponadto gwarantuje zachowanie wpływów w rejonie Morza Czarnego i dostęp do Morza Śródziemnego, a także kontrolę nad ważnymi rurociągami przesyłowymi do Europy. To jednak ma znaczenie drugorzędne – zwracają uwagę niektórzy. W praktyce zatem Ukraina i rząd A. Jaceniuka będą musieli albo samotnie stawić czoła ewentualnej agresji, albo skapitulować. Chyba, że groźba izolacji i sankcje będą bardzo dotkliwe (na razie Rosji kilka dni temu udało się jednak podpisać umowę gazową z Chinami). Sprawa jest o tyle poważna, że rosyjski prezydent już zapowiedział, że odwoływanie się do Memorandum Budapesztańskiego z 1994 r., na mocy którego, po oddaniu przez Ukrainę swoich arsenałów nuklearnych, gwarantami jej bezpieczeństwa stały się Wielka Brytania, Federacja Rosyjska i Stany Zjednoczone, jest bezprzedmiotowe w sytuacji, kiedy legalne ukraińskie struktury władzy zostały zniesione przez zbrojny przewrót polityczny. W tym sensie gwarancjami objęte było państwo, które już przestało istnieć.

Szef francuskiej dyplomacji Laurent Fabius przestrzega jednak, że FR już ustanowiła niebezpieczny precedens, który doprowadzi do dramatu: „Jeśli jakiś region, jakiegoś kraju postanowił, wbrew swojej konstytucji, przyłączyć się do innego państwa, które zachęca go do tego, oznacza to, iż nie ma już pokoju międzynarodowego ani pewnych granic". Jeszcze dalej w swoich ocenach kryzysu ukraińskiego posunął się Adam Gwiazda (kierownik Zakładu Teorii Polityki na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego): „Pora, aby najpotężniejszy sojusz wojskowy, jakim jest NATO, zdał sobie z tego sprawę i wyciągnął odpowiednie wnioski […]. Stosunkowo łatwa aneksja Krymu przez Rosję była możliwa nie tylko z tego powodu, że kraje NATO nie wykazały woli zdecydowanej interwencji w obronie integralności terytorialnej Ukrainy. Nie chodzi tylko o to, że nie jest ona członkiem sojuszu północnoatlantyckiego. NATO interwencję militarną uznaje za środek ostateczny, kiedy już zostaną wyczerpane wszystkie inne formy działań. Chodzi o to, że prezydent Putin groźbę interwencji zbrojnej traktuje jako jedyny skuteczny środek do osiągnięcia wyznaczonych celów”.

Zastraszanie, tyranizowanie, kupowanie wpływów w krajach europejskich, konsolidowanie rynku energii, podsycanie nastrojów separatystycznych wśród mniejszości etnicznych – to tylko niektóre narzędzia, jakie Rosji zdarzało się w przeszłości stosować w relacjach z „bliską zagranicą” – mówią niektórzy. I podają przykłady – wsparcie udzielone separatystom w Naddniestrzu, Abchazji i Osetii Płd., pomoc udzielona mniejszości karabaskich Ormian w Azerbejdżanie, którzy ogłosili powstanie quasi-niepodległego państwa (po zajęciu siedmiu rejonów ok. 16% terytorium państwa); naciski na Armenię, Azerbejdżan i Kirgistan. W tym ostatnim wypadku Moskwa podjęła działania, by nie dopuścić do wzmocnienia wpływów amerykańskich i chińskich; w tym celu wzmocniła swoją bazę lotniczą w Kant, która znajduje się w pobliżu kirgiskiej stolicy Biszkek, przez zagwarantowanie sobie możliwości jej nieograniczonego wykorzystania. Naciskała też na Tadżykistan, w którym przeprowadziła wojskową interwencję, by wesprzeć prezydenta Emomali Rachmonowa w walce z islamistami w wojnie domowej (w latach 1994–1997) dzięki czemu zdołał utrzymać się u władzy.

III. Wpływ czynnika wewnętrznego na kryzys

Stefan Meister, ekspert z European Council on Foreign Relations w Berlinie utrzymuje, że to właśnie wygrana opozycji na EuroMajdanie i „przewrót lutowy” stanowi śmiertelne zagrożenie dla polityki i władz Kremla. Zwraca on uwagę, że Moskwa przystąpiła do działania dopiero wówczas, gdy prezydent W. Janukowycz zaproponował opozycji tekę premiera i I wicepremiera, zaś „partia władzy” weszła w stan apatii. Najwyraźniej Kreml przestraszył się, że już niedługo, za przykładem Ukraińców, mogą pójść inne republiki postradzieckie, co może doprowadzić do wybuchu kolejnej fali „kolorowych rewolucji” (podobnych do tych w Gruzji i na Ukrainie w latach 2003–2004), włączając w to także Rosję. W końcu także „reżim Putina” w latach 2010-2011 miał za sobą doświadczenie walki z „ruchem białych wstążek” (Błotnej rewolucji – nazwa pochodzi od Placu Błotnego w Moskwie) – opozycją kontestującą wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich.

„To zadecydowało, że Rosja zaczęła uprzedzać fakty i w pierwszej kolejności postanowiła zdestabilizować sytuację na Ukrainie – przekonuje Dmytro Timczuk (szef ukraińskiego Centrum Badań Wojskowo-Politycznych). FR cały czas próbuje podporządkować sobie możliwie jak największe ukraińskie terytorium, a tzw. scenariusz krymski jest wciąż brany pod uwagę jako jeden z kilku wariantów rozwiązania ‘kryzysu ukraińskiego’. Za tym przemawia m. in. przyjęty w rosyjskim parlamencie do rozpatrzenia projekt ustawy dotyczący uproszczenia zasad przyłączania do Rosji nowych podmiotów federacji, a także pogłębiający się chaos na Ukrainie – wariant ten najlepiej sprawdza się, gdy w kraju panuje kryzys i elity są podzielone. W tym kontekście należy patrzeć na rosnącą liczbę tzw. turystów Putina, którzy masowo usiłują przedostać z terenu Federacji i pomóc separatystom wzniecić powstanie, przejąć organy miejscowej władzy, rad miejskich na Ukrainie, a nawet całe miasta. I w ostateczności, doprowadzić do referendum, a potem oficjalnie zwrócić się o pomoc do Rosji i powitać rosyjskie oddziały zmechanizowane albo paramilitarne niezidentyfikowane grupy, podobne do tych na Krymie”. Przy okazji ekspert zwraca uwagę, że aktywność separatystów zaczęła się nasilać dopiero po tym, kiedy FR otwarcie złożyła deklarację militarnego odprężenia i pod presją zachodnich sankcji zapewniła, że wycofa swoje wojska znad granicy.

Stało to się dokładnie w momencie, gdy władze Rosji podjęły decyzję o wstrzymaniu wypłaty przyznanego w grudniu kredytu pomocowego (w wys. 15 mld USD i podniesieniu ceny gazu – co w ocenie ekspertów może doprowadzić do bankructwa Ukrainy oraz wybuchu niezadowolenia społecznego. To właśnie w tym kontekście pojawiły się „fakty prasowe” sugerujące możliwość realizacji scenariusza „Majdan 3.0”, z Julią Tymoszenko w roli głównej, gdyż w ocenie Komisarza UE ds. budżetu Janusza Lewandowskiego Ukraina właściwie już stała się „bankrutem gospodarczym, który funkcjonuje dzięki kroplówce Moskwy, co z kolei powiększa stopień zależności politycznej”. Warto przypomnieć, że całkowite zadłużenie kraju wynosi 140 mld USD. Jednocześnie strona rosyjska zdementowała doniesienia, że stoi za działaniami separatystów. Jednak w te doniesienia nie wierzy minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii William Hague, który nie pozostawił wątpliwości. „Na wschodniej Ukrainie nie działają siły prorosyjskie, lecz rosyjskie, a ich celem jest niedopuszczenie do zaplanowanych na 25 maja wyborów prezydenckich” – oświadczył jeszcze przed 25 maja wspomniany dyplomata. Wyraził też zdanie, że kryzys na Ukrainie nie jest związany z ukraińskim wyborem między Wschodem a Zachodem, lecz z „walką o prawo [...] do bycia niepodległym, odnoszącym sukcesy państwem”. Także Służba Bezpieczeństwa Ukrainy przyznaje, iż posiada dowody, że za działaniami prorosyjskich aktywistów stoi Moskwa. „Tego nie da się już określić mianem separatyzmu, to kolaboracja w najczystszej postaci. To jest zdrada” – z żalem przyznaje ekspert wojskowy D. Timczuk.

Tymczasem premier A. Jaceniuk zapewnia, iż Ukraina nie chce konfrontacji militarnej z Rosją, jest gotowa na daleko idące ustępstwa, w tym decentralizację państwa i rezygnację z członkowstwa w NATO – czego domagała się Moskwa jako jeden z warunków rozwiązania kryzysu. Polityk potwierdził także, że gospodarka kraju znalazła się na skraju bankructwa „bez żadnej bazy finansowej, z dwukrotnym spadkiem rezerw walutowych, z pustym budżetem i z niewyobrażalną korupcją”. Za ten stan obwinił bezpośrednio W. Janukowycza i jego zaufanych ludzi „którzy zrujnowali kraj i zostawili państwo z pustym budżetem, z totalną korupcją na wszelkich szczeblach władzy państwowej”. Wyraził ponadto nadzieję, że prezydent W. Putin dotrzyma zobowiązań międzynarodowych i odblokuje pomoc finansową oraz nie będzie wspierał separatystów i byłych dygnitarzy ukraińskich, przeciwko którym są wszczęte sprawy karne. – „Rosjanie nie walczcie z nami, jesteśmy waszymi przyjaciółmi i partnerami” – zaapelował w jednym z wywiadów prasowych.

Tymczasem eksperci zauważają, że ani Pomarańczowa Rewolucja w 2004 r., ani zwycięstwo Wiktora Janukowycza w wyborach prezydenckich 2010 r. nie były w stanie osłabić systemu oligarchicznego, który ukształtował się za czasów drugiej kadencji prezydenta Leonida Kuczmy. To z tej grupy społecznej wywodzi się Rinat Achmetow, który kontroluje 10 kluczowych sektorów tamtejszej gospodarki, m.in. elektroenergetykę, metalurgię, telekomunikację, ma swoje aktywa w USA, Włoszech, Wielkiej Brytanii i Rosji. Jako ciekawostkę warto podać, że grupa ta liczy niespełna stu ludzi, a mimo to kontroluje niemal 80% PKB Ukrainy – takie szacunki przedstawiła waszyngtońska organizacja non profit Irex. Oznacza, że cztery piąte całego bogactwa kraju należy do 0,00003% społeczeństwa. Na pozostałe 46 mln Ukraińców – przypada zaledwie 15–20% PKB kraju. Informacje te potwierdza również były szef MON Ukrainy Anatolij Hrycenko, który zauważył, że to jednak podczas prezydentury Wiktora Janukowycza usunięto najważniejsze bariery, dzięki czemu Rosja bez przeszkód zdobyła przewagę konkurencyjną stając się monopolistą w najważniejszych sektorach gospodarki. „Winę za to ponoszą głównie ludzie, których obsadził na kluczowych stanowiskach – w rządzie, służbach specjalnych, administracji prezydenta. Wygląda na to, że to oni są bardziej ukierunkowani na Rosję i to wpływało na działania szefa państwa. Mądra władza powinna balansować, a także zdywersyfikować obecność i wpływy inwestycji zagranicznych”.

* * *

Jaki będzie finalny efekt tej rozgrywki? Tego nikt nie wie. Ale zdaniem ukraińskiego ministra finansów Aleksandra Szlapaka do tego, by udało się ustabilizować sytuację makroekonomiczną i nie dopuścić do zapaści gospodarczej, Ukraina potrzebuje już teraz min. 35 mld USD; choćby po to, aby móc spłacić zobowiązania wobec zachodnich instytucji – MFW, EBOR i Banku Światowego. Do końca 2014 roku Kijów musi spłacić kwotę 10 mld USD. Do tego trzeba jeszcze doliczyć zaległe i przyszłe opłaty za dostarczany z Rosji gaz ziemny (tylko 4 mld USD w czerwcu, wg szacunków UE) oraz inne, bieżące zobowiązania, które przekraczają możliwości płatnicze Ukrainy. „Ale na tak znaczącą pomoc z Zachodu Ukraina nie może już liczyć. Wszystko więc przemawia za tym, że tylko rosyjska pomoc może uratować ten kraj przed bankructwem” – zauważają niektórzy eksperci.

Fot. www.genuitec.com

Czytany 3255 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04